Andamany – zegubiona na morzu perła Indii…

Andamany to wisienka na torcie w podróżowaniu po Indiach. Pojechaliśmy tam z jednym zamiarem – odpoczynku i relaksu. Po ponad trzy i pół miesięcznej podróży przez różne stany i zakątki subkontynentu nie mieliśmy już siły i energii na eksploracje i wyszukiwanie nie wiadomo czego po prostu chcieliśmy zaszyć się w domku na plaży, chodzić na spacery, popływać i posnurklować. Mieliśmy szczęście że nasi przyjaciele postanowili dołączyć się do nas i wspólnie z doborowym towarzystwem rozpoczęliśmy 2 tygodniowe wakacje na wyspach.

Andamany, to grupa ponad 500 wysepek leżących w Zatoce Bengalskiej, z których zaledwie 26 jest zamieszkała. Górzyste wyspy otoczone rafą koralową i pokryte gęstym lasem tropikalnym kuszą pięknem i póki co dziewiczym charakterem.  Na archipelagu do dziś żyje w całkowitej izolacji w większości w rezerwatach, tysiąc przedstawicieli  czterech rdzennych plemion, które przybyły na wyspy 65 tysięcy lat temu z Afryki: Wielkich Andamańczyków, Sentinelczyków, Jarawa i Onge. Oficjalnie nie ma możliwości wizyty w wioskach owych ludów, byłoby to na pewno jedyne w swoim rodzaju przeżycie, gdyż plemiona należą do najbardziej prymitywnych na świecie.  Z drugiej strony to kontakt z cywilizacją jest najbardziej szkodliwy i zagraża ich tradycyjnej egzystencji.  Liczba rdzennych mieszkańców zmniejszyła się znacznie w XIX wieku kiedy to wyspy stały się angielską kolonią karną, przywiezione choroby i złe nawyki kolonizatorów nieodwracalnie wywarły piętno na plemionach.  Więcej informacji na ten temat w ciekawym artykule wyborczej.

Nasza droga do raju nie obyła się bez przygód, gdyż będą w Pondicherry dwa dni przez wylotem wystąpiło trzęsienie ziemi na oceanie Indyjskim i pojawił się alarm tsunami dla wybrzeża w Indiach gdzie przebywaliśmy a z Andamanów ewakuowano turystów. Miny nad zrzedły i już planowaliśmy co by tu zrobić, jednak po kilku godzinach alarm zostały odwołane, a my znowu mieliśmy zielone światło i mogliśmy wylecieć według planu.

Na znajomych czekaliśmy 3 dni w Port Blair stolicy Andamanów. Miasteczko urokiem nie grzeszy  i właściwie oprócz jednej jadłodajni z doskonałą dosą (typowo południowym plackiem ryżowym podawanym z różnym nadzieniem) nic ciekawego tam nie znaleźliśmy. Nie tracąc czasu wynajęliśmy skuter i objechaliśmy okoliczne plaże i wioski. W kilku miejscach sympatyczne tablice informujące o obecności krokodyli skutecznie nas zniechęciły do pływania, jednak mimo wszystko palmowe gaje, zrelaksowany klimat i turkusowe morze powolutku zaczęły nas wprowadzać w wakacyjny nastrój.

Ponad rok nie widzieliśmy nikogo z najbliższego grona znajomych. Dzień przyjazdu Agnieszki i Michała był więc szczególny. Grzecznie ustawiliśmy się z kolorowym transparentem  i kwiatowymi girlandami na lotnisku i czekaliśmy na przyjezdnych.

Pojawiły się dwa ludki w koszulkach z logiem naszego bloga, co nas bardzo miło zaskoczyło. Uściskom, pocałunkom i pozdrowieniom nie było końca, ale dobra do rzeczy, bo że zamówiony śledzik lubi pływać to i gorzką żołądkową trzeba było dobrze schłodzić. Póki polskiej tradycji nie stanie się zadość, szybko jeszcze do portu, żeby nabyć bilety na łódkę. Niby banalna rzecz, a jednak indyjska biurokracja nie ma sobie równych. Doskonale beznadziejny i mało efektywny system rezerwacji biletów na łódki troszkę pokrzyżował nam plany.

Chcieliśmy płynąć na Małego Andaman, mało popularną wyspę, o której słyszeliśmy wiele ciekawych rzeczy i doskonale pasowała nam na tygodniowy wypoczynek. Jednak brak biletów na kolejne trzy dni i konieczność czekania w Port Blair i liczenia na łut szczęścia nie były ciekawą opcją, więc postanowiliśmy płynąć na Neila, również mniejszą i mniej popularną wyspę. Zadowoleni  mogliśmy zacząć nadrabiać zaległości w ploteczkach i wydarzeniach minionych miesięcy popijając złoty nektar schłodzony w hotelowej lodóweczce.

Krótki rejs na wyspę, znalezione bambusowe domki  i pierwszy leniwy dzień na plaży. Pusto, pięknie, perfekcyjnie… Plaża numer 1, przy której żeśmy się zakwaterowali  doskonale nadawała się do rannego spaceru. Długa i z pięknymi powyginanymi mangrowcami po jednej stronie i ze zwalonymi ogromnymi konarami po drugiej w środkowej części  z białym piaseczkiem i bajeczną wodą. Pierzaste białe chmury dodawały niezaprzeczalnego uroku.

Popołudniowy odpływ odkrywał zniszczoną przez tsunami w 2004 rafę koralową i czar lekko pryskał, by na zachód słońca morze i niebo znowu rozbłyskało pięknem i niesamowitym koncertem barw.

Na kolejne dni wynajęliśmy skutery i objechaliśmy pozostałe 4 plaże. Każda miała coś innego do zaoferowania. Na jednej naturalne skalne łuki i ciekawe żyjątka w wodzie.

Roman szperacz swoim jastrzębim okiem zawsze coś dostrzeże i tak na tej plaży dojrzał i wykopał ogromną piękną muszlę, która po cichu leżała do połowy zakopana w piachu. Okaz godny uznania, teraz tylko trzeba pomyśleć jak ją przemycić do domu :)

W innej części wyspy największą atrakcją była długa pusta plaża z miejscami gdzie można było popływać i nie martwić się o ostrą rafę koralową. Jedną z dodatkowych atrakcji było wysmarowanie całego ciała błotkiem ze skał wapiennych i udawanie jaskiniowców :)

Kolejny ciekawy zakątek to plaża numer 3, alternatywne miejsce na zachód słońca, na który udało nam się dojechać we właściwym czasie. Tam odbył się również konkurs kto wejdzie wyżej na palmę, który nie został rozstrzygnięty ze względu na stronniczość sędziego :P Ostatnim spotem było kąpielisko przy porcie gdzie piaskowe dno pozwalało popływać do woli.

Na Neilu jest mini centrum z kilkoma jadłodajniami w jednej z lokalnych garkuchni znaleźliśmy bardzo dobre tali jak i typowe hinduskie śniadanko placki parotha z curry.  Wieczory mijały na rozmowach i graniu w karty, zakrapianych mocnymi trunkami. W czasie jednej z nasiadówek koleżanka Agnieszka, od tamtej pory zwana krabicą, miała nawet bliskie spotkanie z krabem i prawie paznokieć straciła jak 2kg skorupiak powiesił się na jej małym palcu i dyndał przez parę minut :)

Po 4 dniach postanowiliśmy ruszyć się dalej, przede wszystkim ze względu na możliwość popływania, plaża blisko nas była piękna jednak ostry koral uniemożliwiał swobodne kąpiele, opcji i pomysłów mieliśmy kilka. Wrócić do Port Blair i próbować załatwić łódkę na Małego Andamana lub ostatecznie polecieć wodolotem – kuszące ale drogie! Popłynąć na Havlocka i przesiąść się na łódkę na Long Island, o której też słyszeliśmy wiele ciekawych rzeczy. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z obu opcji. W czasie naszego pobytu na Neilu dowiedzieliśmy się o dwóch przypadkach śmiertelnych w ostatnim tygodniu z powodu głodnych krokodyli na Małym Andanamie :) wiedzieliśmy, że na całej wyspie występuje zagrożenie z powodu tych ślicznych zwierząt, jednak jak się słyszy o zjedzonych turystach to już jakoś tak ochota przechodzi, dodatkowo tracilibyśmy 2 dni na oczekiwanie w Port Blair i podróż. O Long Island rozmawialiśmy z parą, która właśnie z niej przypłynęła i widziała już kilka innych wysp Andamanów. Według ich opinii Long Island jest ciekawa, żeby doświadczyć lokalnego klimatu i mieć kontakt z lokalesami, natomiast plaże nie są widowiskowe i nie nadają się do pływania. Mili Holendrzy przekonali nas do odrzuconego przez nas na samym początku Havlocka.  Najbardziej turystycznej i popularnej wyspy Andamanów. Postanowiliśmy spróbować i jakby okazało się, że nie jest pysznie znaleźlibyśmy plan B.

Największą atrakcją  rejsu na Havlocka było chmurne burzowe niebo, białe kłębiaste olbrzymy układały się w niesamowite kształty tworząc niezapomniane widowisko, a latające ryby wyskakiwały ze spienionych fal by po kilkudziesięciu metrach zanurzyć się ponownie w morskiej toni.

Po przybiciu do portu okolica nie wydawała się zachęcająca. Rząd knajpek i sklepików gwar i harmider nic tylko się zwijać i poszukać miłego zacisznego zakątka, by w spokoju delektować się urokiem wyspy. Na Havlocku większość domków i ośrodki z zakwaterowaniem ulokowanych jest w jednym miejscu, wzdłuż plaży numer 5. Poukrywane między palmami z dostępem do plaży, o przeróżnym standardzie ciągną się przez kilka kilometrów.

Oddzielone od siebie zachowują swój osobisty charakter i klimat, nie ma się wrażenia że jest się w kupie z setkami innych turystów. Można bez problemu znaleźć kawałek raju dla siebie. Ogólnie nie ma typowego turystycznego cyrku, rzędu sklepików wzdłuż promenady i kiczowatych kramów z pamiątkami. Plaża w wielu miejscach jest dzika i trzeba się lekko przedrzeć  przez nisko zwisające drzewa i palmy, żeby iść brzegiem morza. Nie ma leżaków, parasolek i knajp z muzyką boom boom. Wzdłuż plaży gdzieniegdzie na pocztówkowo wygiętych palmach zawieszone są  hamaczki lub w wodzie stoją samotne drzewa mangrowca. Przyjechaliśmy tutaj po cichu licząc, że tak właśnie będzie i rozczarowań nie było… surowo, bosko i rajsko, a turystów jak na lekarstwo!

Okazało się, że najpiękniejsza i najsłynniejsza plaża numer 7 leży po drugiej stronie wyspy i dopiero tam ma nam szczęka opaść. Nie omieszkaliśmy nie sprawdzić tego na własne oczy. Kolejny raz wynajęliśmy skutery i krętą drogą przez wioski i zielone lasy palmowe dojechaliśmy do celu. Pierwsze wrażenie rzeczywiście zostaje w pamięci. Szeroka na kilkanaście metrów  z bielutkim, drobniutkim piaskiem i długa na 1,5 kilometra plażą, po której leniwie pełzają przeróżne skorupiaki dźwigając na plecach swe muszelkowe domki. Woda mieniąca się pełną paletą odcieni turkusów, niebieskich i granatów poprzecinana grzbietami białych fal i upstrzone chmurkami jak wata cukrowa niebo…

Niewątpliwie doskonałość w pełni tego słowa znaczeniu. Czym prędzej rzuciliśmy rzeczy i  nura do wody…  idealny spot do pływania. Nie zniechęcał nas nawet fakt, że na końcu tej plaży po zakręcie w skałkach żyją sobie krokodyle :) Nad bezpieczeństwem turystów czuwa oddelegowany służbowo dzielny strażnik uzbrojony w karabin pamiętający czasy II wojny.  W razie ataku kroksa nie ma się co martwić, najwyżej od razu kulka w łeb więc i bólu nie będzie czuć. Tak na poważnie krokodyli nie widziano tam od roku, ale jest to ich siedlisko, a że akurat czas naszego pobytu przypadał na okres godowy to lepiej uważać i nie pływać w miejscach wysokiego ryzyka.

Za linią plaży nie było palm tylko las ogromnych, dostojnych wysokich drzew. Można było spokojnie przejechać w ustronne miejsce wzdłuż plaży lawirując między korzeniami. Przepiękne rozłożyste konary drzew u podnóża rozchodziły się w kierunku korzeni tworząc efekt skrzydeł. Las robił piorunujące wrażenie, czegoś takiego nie widzieliśmy jeszcze nigdy.

Jakby tego wszystkiego było mało plaża i morze nabierały całkiem nowego wyrazu podczas zachodu słońca. Ciepłe barwy dominowały na niebie, odcienie żółci, pomarańczy i czerwieni tańczyły między chmurami , szeroka plażą zalewana falami jak lustro odbijała oblicze schyłku dnia… magicznie!

Wybraliśmy się pewnego dnia na Elephant Beach bo miał być to najlepsze miejsce do snurklowania. Krótki trek przez dżunglo-las był całkiem przyjemny, ostatni kawałek już po wyjściu z zarośli prowadził przez bagienko przez które pełzało setki krabików z muszelkami i wszędzie wystawały korzenie mangrowców, sceneria lekko przytłaczająca bo tak właśnie wyobrażałabym sobie miejsce leżakowania krokodyli. Wszystko bure jak okiem sięgnąć i nie wiadomo co się gdzieś tam czai pod konarami drzew. Trzeba było przejść ten ostatni kawałek, bo tak zawrócić w tym momencie to chyba nie fajnie.  W nagrodę czekała na nas kolejna piękna plaża, duża tablica informująca o krokodylach nie zachęcała do oglądania rybek, jednak było kilka osób w wodzie, więc przynajmniej szanse na  zjedzenie mniejsze :)

W ostatni dzień uraczyliśmy się wycieczką łódeczką w dwa inne spoty do snurklowania, co by jeszcze nacieszyć oczy podwodnym światem kolorowych rybek i powoli odradzającej się rafy koralowej.

Na Havlocku, można nawet zrobić kurs nurkowania Padi i jest on stosunkowo tani w porównaniu z innymi popularnymi miejscami w Tajlandii czy Indonezji.

Nasz pobyt w raju dobiegł końca, wybór wakacyjnej destynacji okazał się strzałem w dziesiątkę i zdecydowanie  spełnił nasze oczekiwania. Przepiękne okoliczności natury! Polecamy!

Reszta fotek z raju tutaj.

————————————————————————————-

Droga do raju – informacje praktyczne

1)      Wiza

  • Andamany należą do Indii więc obowiązuje wiza indyjska, którą trzeba załatwić wcześniej w ambasadzie Indii.
  • Na lotnisku w Port Blair(stolicy Andamanów) trzeba również starać się o pozwolenie, które bez problemu można otrzymać po przylocie (czysta formalność), jest ono bezpłatne, trzeba je mieć zawsze przy sobie. Na Andamanach można przebywać do 30 dni, przez cały okres trzeba mieć ważną wizę indyjską. Czasem pytają o bilet wylotowy, więc jak ktoś już go ma to warto mieć przy sobie kopię.

2)      Dojazd

  • Do Port Blair najtaniej dolecieć z Kalkuty lub Chennai lokalnymi liniami Goair (http://www.goair.in/), Jet Airways (http://www.jetairways.com), Kingfisher (http://flykingfisher.co.uk/) lub sprawdzić na bardzo przydatnej stronie www.cleartrip.com . Koszt przy dobrym planowaniu 150$-250$ w obie strony.
  • Pomimo faktu że Andamany leżą bliżej Tajlandii czy Birmy nie ma połączeń lotniczych z innymi państwami tylko z Indiami.
  • Na wyspy można dostać się promem który płynie 3 dni z Kalkuty i z Chennai. Koszt znacznie tańszy około 30-40$ w jedną stronę. Łódki pływają raz w tygodniu więc trzeba sprawdzić i zarezerwować z wyprzedzeniem.

3)      Transport na miejscu

  • Na konkretne wyspy można bez problemu dostać się promami, które w zależności od wybranego kierunku i pory roku kursują od kilku razy dziennie do 2-3 w tygodniu. Żeby kupić bilet trzeba udać się do portu i przejść cudownie zacofany i długotrwały proces rezerwacji łódki. Ceny są stosunkowo niskie od 1-8$ w zależności od wyspy, łódki i rodzaju miejsca.
  • W sezonie łódki się szybko zapełniają, więc po wylądowaniu proponuje od razu ruszyć do portu.
  • Można również polecieć wodolotem droga rozrywka ale szybka i miejsc nie brakuje. Na Havlocka 80$, Na Małego Andamana 150$ w jedną stronę :) Limit bagażu 5kg, każdy dodatkowy kilogram płatny 2$.
  • Na wyspach doskonałym transportem jest skuter 6$/dzień, plaże niekiedy są oddalone i jest to najlepszy sposób aby dotrzeć do mniej popularnych zakątków wysp. Skuter dla turystów musi mieć żółte tablice rejestracyjną więc sprawdź przed wypożyczeniem bo jak złapie policja to zabiorą pojazd, mandat dostanie właściciel więc konsekwencji finansowych jako takich nie ma trzeba będzie tylko jakoś wrócić do hotelu :) Dla bardziej wytrwałych są rowerki a na Havlocku kursuje autobus do niebiańskiej plaży numer 7. Zawsze opcją są też riksze lub ala taksówki.

4)      Noclegi

  • Na Havlocku, najbardziej popularnej i rozwiniętej wyspie znajduje się oferta zakwaterowania na każdą kieszeń od prostych bambusowych chatek(my płaciliśmy 18zł/noc za 2os, poza sezonem) po bardzo ekskluzywne domki . Nie ma jednak wypasionych resortów i szpetnych betonowych hoteli, wszystkie bungalowy zachowały wyspiarski styl i klimat.
  • Na Neilu i Małym Andamanie zakwaterowanie jest skromniejsze jednak chyba tylko wyjątkowy snob nie znalazłby tam konta dla siebie.  Na Long Island jest tylko jeden ośrodek oferujący noclegi więc wyboru nie ma.

5)      Wyżywienie

  • Od typowego hinduskiego Tali, po owoce morza, dania kuchni  indyjskiej i zachodniej a jak ktoś ma fantazje to i własnoręcznie złapanego kraba sobie na ognisku upiecze. Ceny od 2-8$ za posiłek, przekąski 1-2$.

Pozdrawiamy!

About these ads
This entry was posted in Indie and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

11 Responses to Andamany – zegubiona na morzu perła Indii…

  1. Kuba says:

    Wspaniałe fotografie, proszę o więcej! :)

  2. Ewa says:

    Przepieknie!!!

  3. Doti says:

    Fajna relacja i cudowne widoki!!! Planuje odwiedzić te rejony pod koniec listopada. Mógłbyś napisać jak szukaliście noclegu i gdzie mieszkaliście na Havelocku?

    • gotyska says:

      Noclegu szukaliśmy tak jak zawsze czyli na miejscu, nigdy nic nie rezerwujemy. Na Hevlocku jest bardzo dużo różnych domków i nawet w pełnym sezonie nie powinno być problemu ze znalezieniem czegoś odpowiedniego. My mieszkaliśmy koło wioski nr3 w See View bungalows (6$/domek/noc). Powodzenia i udanego pobytu!

  4. Ewa says:

    dziekuje za relacje, bardzo pomocna. Powiedz mi jak tam jest z alkoholem, czy mozna go kupic bez problemu? I jesli chodzi o stolowanie to raczej u lokalnych czy sa miejsca blisko plazy, Pozdrawiam

    • gotyska says:

      Jesli chodzi o alkohol to sa specjalne panstwowe monopolowe, gdzie mozna nabyc trunki z okratowanego sklepu :) tak jest przynajmniej na Hevlocku. Na Neilu jest ala knajpa gdzie mozna kupic alkohol ale ceny sa wyzsze. Na innych wyspach nie wiem dobrze zaopatrzyc sie w Port Blair jezeli wybierasz sie na jakies mniej popularne yspy n Hevlocku z alkoholem nie ma problemu. Stolowac mozna sie jak najbardziej u lokalnych jak rowniez jedzenie powinno byc dostepne w kazdym hotelu, czy innego typu noclegowni. Na NEilu jest mega jadalnia w centrum mrketu bardzo lokalna i malutka ale dania sa cudowne. Zyczymy udanego wyjazdu.

  5. ela says:

    ojojoj.. Andamany będą następne…

  6. Michal Ferens says:

    Dzieki za swietna relacje! Mam plan byc na Andamanach 5-9 stycznia. wiem, malo czasu, ale wiecej nie mamy.martwi mnie tylko, ze przewoznicy nie odpowiadaja na rezerwacje promu na havelocka. no ale byc moze bedzie mozna jakos zarezerwowac na miejscu. Dzieki raz jeszcze i pozdrawiam!

  7. Pingback: Nurkowania ze słoniami na Andamanach > GlobBlog Team

  8. Dawid says:

    jaka jest tam pogoda w maju/czerwcu, nie pada?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s