Chiang Mai – drzwi na północ kraju

Pierwszy przystanek na północy Tajlandii  dużo mniejsze miasto od Bangkoku gdzie czas płynie ospale  i można zwolnic tempo, doskonała baza wypadowa do innych atrakcji północy kraju.  Byliśmy mile zaskoczenie ilością przytulnych hotelików, jeszcze większą ilością świątyń i stóp, gdzie w krętych uliczkach starego miasta otoczonego kanałem można się milo poszwędać  a nawet zgubić.

Nawiązaliśmy pierwsze znajomości i wspólnie z Olivierem poznanym Niemcem  wyruszyliśmy na ‘podbój’ miejscowości.  Przypadkiem trafiły nam  w ręce ulotki o tajskim boksie, bardzo poważnie traktowana dyscyplina sportu wśród Tajów. Ponieważ nigdy nie uczestniczyliśmy w walkach podekscytowani wieczorkiem  zasiedliśmy  przed ringiem. Cale show, bo chyba tak najlepiej można nazwać 3h spędzone na ‘stadionie’ mieszczącym się w środku hali z barami i knajpkami było niezwykle ekscytującym doświadczeniem. Walczyli mali chłopcy, kobiety, mężczyźni, a całość zamknęła się pokazem boksu z zawiązanymi oczami.  Najbardziej zacięcie boksowały dwie dziewczyny.  Widowisko było trochę pod turystów, ale mimo wszystko fajnie było zobaczyć rytuał przed walką, taki ala taniec w ringu, ostatnie słowa przed walką od trenera i wspólna modlitwa, zatroskane mamy walczących dzieci.  Były emocje, faworyci, znokautowani, doping publiczności  a nawet zakłady, których punkt operacyjny ulokował się za naszymi plecami. Z ciekawostek w tajskim boksie można się zakładać miedzy sobą do ostatniej minuty walki oczywiście jak tylko znajdzie się chętny, który zakład przyjmie . Przy następnej wizycie  w Bangkoku nie omieszkamy pójść na bardziej profesjonalne  walki.

To co nam się podoba najbardziej to spontaniczne poznawanie ludzi i rodzące sie z tego sytuacje, już tłumaczę o co mi chodzi. Jednego wieczoru zaszliśmy do klimatycznie wyglądającej knajpeczki z zamiarem spożycia kolacji. Pytamy czy jest menu bo chcielibyśmy cos zjeść w odpowiedzi słyszymy ze nie ma ale właścicielka jest doskonałą kucharką i jak powiemy na co mamy  ochotę to nie ma problemu.  Spędziliśmy dwie godziny w tym miejscu konsumując  5 rożnych dań i od słowa do słowa załatwiliśmy sobie prywatny  kurs gotowanie potraw tajskich z menu na życzenie.  Tego typu kursy to jedna z najbardziej popularnych form spędzenia miło dnia.  Najczęściej odbywa się to w grupach 8-10 osobowych i jest określone menu, z którego wybiera się około 6 potraw, dzień zaczyna się wizytą na markecie, kupnem produktów, przygotowaniem potraw, później oczywiście jest konsumpcja i książeczka z przepisami na odchodne.  Sami przeglądaliśmy ulotki szkół ale jakoś nic do nas nie przemawiało, a oferta jest spora od popularnych kucharzy telewizyjnych do lokalnych gotujących pań.  Z naszego wyboru byliśmy niezmiernie zadowoleni, domowa atmosfera przepyszne jedzenie, zapoznane sympatyczne tajskie małżeństwo,  od którego dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy nie tylko na temat gotowania  oraz ich przyjaciółka amerykanka Sara mieszkająca od 5 miesięcy  w Chiang Mai. Gotowaliśmy to czego chcieliśmy się nauczyć tak wiec po powrocie zapraszamy na tajski wieczór a w menu:  zielone curry, czerwone curry, satay z sosem orzechowym takim zrobionym od zera łącznie z pastą curry i ogórkowym sosem, zupa kokosowa Tom Kha Gai  a na deser lepiący ryz z mango i ekstra wersja zielona dla smakoszy J. Najważniejsza lekcja z kursu: nie są aż tak ważne proporcje, ale proces i czas gotowania, natomiast to czy potrawa będzie dobra zależy od twojego smaku bo wszystko trzeba próbować wiele razy i trenować kubki smakowe.

Dzień przed wyjazdem po raz pierwszy od przyjazdu na totalnie błękitnym niebie zagościło słońce, słyszeliśmy od lokalnych ludzi, iż wcześniejsza zła pogoda była spowodowana zeszłotygodniowym trzęsieniem ziemi w Birmie i pograniczu Tajlandii. Postanowiliśmy wiec wynająć skuter i objechać okolice. Skierowaliśmy się ku górze Doi Suthep na której znajduje się kilka atrakcji i kilka lokalnych wiosek.  Pierwszym przystankiem był park narodowy z siedmiostopniowym wodospadem, niestety udało nam się zobaczyć tylko dwa stopnie , gdyż reszta była zamknięta dla turystów. Następnie pnąc się pod górę dojechaliśmy do pięknej świątyni  z niesamowitą złotą stópą. Nasz niezawodny mopet głośno warcząc piął się dalej aż dojechaliśmy do pałacu – letniej rezydencji króla. Za pałacem droga stawała się już coraz bardziej wąska, kręta i wyboista ale chcieliśmy koniecznie zobaczyć bardzo lokalną wioskę Hmong village do której nie dociera wielu turystów. Wioska okazała się bardzo ospałym miejscem, z gromadką bawiących się dzieci na głównym placyku, wypiliśmy tam bardzo mocną paloną na miejscu kawę  i ponieważ robiło się już pózno skierowaliśmy się z powrotem do Chiang Mai.

Tak oto minął nasz pierwszy tydzień i dziś o 14 jedziemy dalej kierując się na półnony-zachód.

pozostałe zdjęcia z Chiang Mai można obejrzeć klikając tutaj

Pozdrawiamy

This entry was posted in Tajlandia and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s