Luang Prabang – wrzucamy na luz….

30$,nowa wiza w paszporcie i przynależne 30 dni w Laosie.  Z Huay Xai do Luang Prabang płynęliśmy Mekongiem dwa dni po 8 godzin z przystankiem na nocleg w Pak Beng tak zwaną  ‘wolną  łódką’ żeby nikt nie miał wątpliwości czego się spodziewać.  Nasza podróż zdecydowanie minęła pod znanym hasłem doskonale określającym Laos: PDR – ‘Please Don’t Rush’ –czyli ‘proszę, nie spiesz się!’.

Wypłynęliśmy z dużym opóźnieniem, ale ciekawie było obserwować zjawisko organizacji  laotańskiej. Ludzie wsiadali i wsiadali i końca nie było widać jak już nie było miejsca to w przejściu pojawił się ekstra rząd krzesełek ogrodowych J Jeszcze tylko trzeba zapakować tobołki na dach: szafkę, stół, worki  z ryżem i wiele innych kartonów  i motor na pokład i cała na przód.  Miło bujało łajbą na szerokim Mekongu, widoki bardzo relaksujące: zielone góry porośnięte dżunglą, bujna roślinność, skały małe i całkiem duże głazy, plaże, krowy i bawoły. Można było podpatrzeć życie ludzi z wiosek zamieszkujących tereny wzdłuż rzeki: rybaków na małych łódeczkach zarzucających sieci, kąpiące się beztroskie dzieci, piorące kobiety.  Lokalesi wsiadali i wysiadali po drodze więc zatrzymywaliśmy się dość często ale komu by się spieszyło…  Na łódce doborowe towarzystwo więc można było pogadać, wymienić doświadczenia podróżnicze lub pograć w karty. My chcieliśmy się wyciszyć więc ipod w uszy, wiatr we włosy i looki, looki przez burtę.

Dotarliśmy do Luang Prabang starej stolicy Laosu. Miasteczko jest przeurocze za co w dużej mierze odpowiedzialna jest postkolonialna francuska architektura, na większości budynków nasze ulubione kolorowe okiennice i wszystko ustrojone krzewami i bujną zielenią!  Na głównej ulicy sprzedają francuskie bagietki i inne wypieki , naleśniki i jest kilka winiarni, a my myśleliśmy że z winkiem pożegnaliśmy się na dobre kilka miesięcy. Wieczorem uroku dodaje market z tak zwanymi wyrobami rzemiosła artystycznego  – handy craft – kolorowy zawrót głowy: szaliki, kapy na łóżka, torby, lampy, szkatułki, dużo, dużo biżuterii i czego tylko dusza zapragnie. Tylko nie jesteśmy tak do końca przekonani czy te wszystkie towary są naprawdę wyrabiane przez rzemieślników i lokalne kobiety tu w Laosie, czy też dość masowo produkowane w fabrykach w sąsiednich Chinach. Wszystko się świeci i kusi. Luang Prabang otoczone jest dwoma rzekami Mekongiem i mniejszą Nam Khan i właśnie po tej stronie można znaleźć spokojne miejsce żeby pomoczyć nogi,  poopalać się lub poobserwować i porozmawiać  z miejscowymi dzieciaczkami, które swój wolny czas często spędzają właśnie tutaj. W Luang Prabang spędziliśmy 9 dni i nie mogliśmy narzekać na brak zajęcia lub monotonię. Zwiedziliśmy okoliczne wioski i wioseczki, odwiedziliśmy szkołę, robiliśmy wypady rowerowe, dwa razy pojechaliśmy na przepiękny wodospad Kunag Si gdzie Roman prawie jak Tarzan(prawie robi wielka różnice J) skakał z liny do mleczno-błękitnej wody.  Poznaliśmy grupkę plecakowiczów, więc wieczorami chodziliśmy po knajpeczkach i wczuwaliśmy się w atmosferę miasteczka. Dwa wieczory spędziliśmy na seansach filmowych, gdzie można było zobaczyć same najnowsze kinowe hity (pirackie kopie prosto z Chin lub Vietnamu) Często wydawało nam się, że jesteśmy w jakimś europejskim mieście, a nie jednym z najbiedniejszych krajów świata. Nawet chodzący po ulicach przyjezdni byli jacyś tacy eleganccy i europejscy przeważnie małżeństwa w średnim wieku lub czasem całe rodziny z dziećmi, które wyglądały jakby wpadły na weekend. Ceny też gdzieniegdzie europejskie i jak szukaliśmy noclegu to z pozoru niczym nie wyróżniający się hotel życzył sobie 30-50$ za nocleg. Baza noclegowa jest bardzo rozwinięta tak więc można znaleźć spanie na każdą kieszeń. Dwa miłe doświadczenia kulinarne. Pierwsze najtańsze w mieście miejsce do zjedzenia kolacji targ i tam tak zwany buffet gdzie za talerz płacisz lekko ponad dolara i nakładasz ile dusza zapragnie. Płatne dodatkowo jest mięso i ryby i właśnie o rybce chciałam napisać. Cała sztuka z grilla z trawą cytrynową w środku, jedliśmy ze smakiem na dodatek pałeczkami wiec tym dłużej mogliśmy się delektować. Druga super sprawa to laotański grill czyli dziura w stole, w którą wkłada sie kociołek z węgielkami i nakłada się specjalna pokrywkę. Na części wypukłej pokrywki smaży się mięsko do którego dostaje się orzechowy dip (z nowości jedliśmy rzecznego bawoła), a  w rynience dookoła gotuje się zupkę na bulionie z zieleniną, ryżowym makaronem, jajkiem i pomidorkiem całość można doprawić: czosnkiem, chil i limonką.  Bardzo przyjemna forma przyrządzenia kolacji, a jak jest towarzystwo to już nic więcej poza beerLao nie trzeba. Taką ucztę zafundowaliśmy sobie w ostatni wieczór w dostojnym towarzystwie Pani i Pana Darcy zapoznanego małżeństwa z Anglii, mieliśmy okazję powspominać Londyn  i wyspiarskie klimaty.

Reszta fotek znajduje się tutaj

Pozdrawiamy

This entry was posted in Laos and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s