VVV czyli Vang Vieng – Vientian

Vang Vieng- małe miasteczko, któremu sławę przyniósł ‘tubing’ czyli spływ rzeką na dmuchanej dętce. Żeby atrakcja nie była zbyt nudna na początku trasy dostaje się darmowe shoty i top up co 10-15 metrów przy barach zbudowanych wzdłuż rzeki. Nurt w rzece jest bardzo słaby, więc trasa spływu została urozmaicona zjeżdżalniami i linami, z których można skakać do wody, a że poziom rzeki jest często bardzo niski zdarzają się wypadki śmiertelne bo jak wiadomo alkohol rozcięcia ostatnie resztki rozumu, w czasie Pie Mai w tym roku zgięły 3 osoby. Ciężko uwierzyć jak taki prosty koncept przyjął się wśród turystów i tłumy walą do Vang Vieng nawet na dwutygodniowe wakacje. Dotarliśmy tam wieczorem i pierwszy spacer po dosłownie dwóch ulicach wystarczył żeby się zorientować, że klimat miejsca nam kompletnie nie odpowiada. Mała, brudna, rozwalona dziura, z wieloma rozpoczętymi budowami. Pijani i naćpani bardzo młodzi ludzie, często tylko w bikini z narzuconą wyciętą bluzką lub w samych  szortach snujący się po knajpach i robiący dużo zamieszania. Bary z miejscami do  leżenia i puszczane z DVD w kółko te same seriale: ’Przyjaciele’ lub Family Guy’.  Na ulicy można zjeść bagietki, naleśniki lub magic pizze z halucynogennymi grzybami.

Wiec co my tu właściwie robimy?  Zatrzymaliśmy się tam tylko po namowie zapoznanej pary  Państwa Darcy i posłuchaliśmy ich rady żeby zapomnieć o miasteczku, znaleźć miłe miejsce na nocleg  na drugim brzegu rzeki i wybrać się na zwiedzanie okolicy. Raniutko wynajęliśmy rowery górskie i zaopatrzeni w mapę pojechaliśmy na przejażdżkę. Na przeciwległym brzegu rzeki rozpościerała się piękna panorama gór, droga prowadziła przez dolinę gdzie po dwóch stronach były klifowe szczyty i pola ryżowe. Trasa była przepiękna. Roman jak zwykle chciał skręcić w jakąś mała drużkę i gubiąc się w mimi ścieżkach dojechaliśmy do jeziorka, wokoło nie było nikogo (większość turystów pewnie jeszcze smacznie spała bo wieczornej libacji).  Dzień spędziliśmy bardzo aktywnie jazda na rowerze, pływanie w naturalnym basenie z niebieską wodą i wspinaczka do jaskini.

Było znacznie więcej do zobaczenia bo trasa rowerowa prowadziła do coraz to bardziej oddalonych wiosek i jaskiń, nie mieliśmy już jednak czasu jechać dalej wiec postanowiliśmy następnego dnia rano polecieć balonem i zobaczyć wszystko z góry. Nie mięliśmy dużo szczęścia z pogodą, bo ranek był pochmurny, ale cali podekscytowani cieszyliśmy się że spełnimy jedno z naszych marzeń.  Zabawną sytuację mieliśmy na początku, kiedy siedząc w vanie z pozostałymi 4 osobami z naszego rejsu jeździliśmy i goniliśmy balon, bo ciągle zmieniający się wiatr utrudniał pilotowi wylądowanie na ustalonym miejscu. Odczuliśmy dziwne uczucie dyskomfortu przy starci, gdyż wzbijaliśmy się bardzo szybko, jednak po chwili była pełnia szczęścia i podziwianie widoków. Lecieliśmy nad chmurami bardzo wysoko i było jak w niebie.

Wjeżdżając do miasta widzimy skrzyżowanie ze światłami i supermarket, tak to musi być stolica – Vientian! Kolejne miasto , które jakoś nam nie przypadło do gustu. Nie wiem od czego to zależy, ale pewne miejsca nie sprzyjają chęci zwiedzania. Przyjechaliśmy wieczorem i może nie daliśmy Vientian szansy.  Następnego dnia wybraliśmy się do dżungli na ’jungle fly’ czyli jazdę na linach orazchodzenie po zawieszanych mostach w koronach drzew. Trochę ruchu i adrenaliny nie zaszkodzi! Cały dzień w narodowym parku można było się spocić i trochę nadwyrężyć próbując na przykład  utrzymać równowagę na moście składającym się z pojedynczej liny jak w cyrku, wiszącej jakieś 20m nad ziemią, a że żadne z nas baleriną nie jest było dużo śmiechu i dobrej zabawy.

Jedyną atrakcją jaka nas zainteresowała w okolicach stolicy był Budda Park. Jak sama nazwa wskazuje miejsce gdzie znajduje się duża liczba rzeźb przedstawiających miedzy innymi postacie Buddy i Sivy,  oraz zgrabnie łączy buddyzm i hinduizm. Dzieło autorstwa ekscentryka Luanga Pu robi duże wrażenie. Szalone kompozycje  dowodzą ogromnej wyobraźni,  polotu i fantazji autora.

Jadąc rano o 5:30 na dworzec byliśmy świadkami codziennej tradycji odbierania ofiar przez mnichów. Wschodzące słonce, puste ulice i idące pomarańczowe szatki ze specjalnymi garnkami, czekające na ulicy lokalne kobiety, chwila modlitwy i podarunki dla mnichów. Pięknie to wszystko wyglądało bez świadków , turystów, aparatów po prostu dzień jak co dzień.

Reszta zdjęć z Vang Vieng  znajduje się tutaj a z Vientian tutaj

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Laos and tagged , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to VVV czyli Vang Vieng – Vientian

  1. Jovi says:

    przeczytałam “darmowe szorty” i myślę sobię co za top do tego dali Wam, że tacy pijani😉

    buziaki Kochani!!! mega zazdrość!!
    Loffff

  2. gotyska says:

    Dobre Jovi, mam nadzieje ze doszłaś do sedna bo rzeczywiście byłoby to co najmniej dziwne.
    :*

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s