Central Highlands – ‘hit the road Jack…’

Zwiedzając Wietnam niezależnie czy jedziesz z południa na północ czy odwrotnie przejeżdżając centralną część kraju czyli od Mui Ne lub Dalat do Hoi An masz dwie opcje. Pierwsza to autostrada numer 1 biegnąca wzdłuż wybrzeża najbardziej popularna i zatłoczona lub trasa dłuższa ale jakże interesująca biegnąca przez centralną wyżynę.

Jak już wspomnieliśmy w poprzednim wpisie po jednodniowej wycieczce w formie ‘easy rider’ postanowiliśmy resztę trasy z Nha Trang do Hoi An przejechać na tyle motoru typu harley. Po twardych negocjacjach cenowych, szczegółowym omówieniu trasy i atrakcji, dyskusji na temat jak zmieścimy bagaże, a co jak będzie lać, a jakie są drogi, a ile kilometrów dziennie… itd, itp zdecydowani i podekscytowani mieliśmy przed sobą 4 dni pełne wrażeń i 950km do naszej kolejnej destynacji.

Nasi przewodnicy: Viet – 56 lat żona i 5 dzieci, w zawodzie od 7 lat, 2 lata w więzieniu za samowolne opuszczenie kraju w latach siedemdziesiątych, zdecydowany przeciwnik obecnych rządów, niesamowita wiedza na temat historii Wietnamu, z dużym temperamentem i nie do przegadania! Tam – 52 lata żona i 3 dzieci, w zawodzie od 6 lat, były żołnierz armii Wietnamskiej walczył z Khmerami na południu kraju, spokojny, cierpliwy i opanowany, doskonale balansował nadpobudliwość Vieta, szef całej wycieczki. W tak doborowym towarzystwie zaczęła się jedna z najbardziej dla nas pamiętnych wycieczek w Wietnamie.

Atrakcji było wiele zobaczyliśmy wiele lokalnych małych fabryk specjalizujących się w najróżniejszych produkcjach: takich jak wypalanie cegieł, czy wyrabianie mebli z ogromnych korzeni i pni. Przejeżdżaliśmy przez nieskończoną liczbę plantacji i farm, w całym tym regionie są ogromne tereny pod uprawę i sprzyjający klimat, więc niemal każdy kawałek ziemi jest zagospodarowany. Plantacje są bardzo zorganizowane i doskonale przygotowane. Wzgórza porośnięte krzewami kawy, pieprzu, drzewkami ananasowymi, są pięknie i stanowią spójną całość z krajobrazem. Widzieliśmy jak rosną nerkowce, marakuja, awokado, Jack fruit, zimowy melon, smoczy owoc, trawa cytrynowa, chilli, drzewa kauczukowe i wiele innych owoców i warzyw, których nie uprawia się w Polsce.

Duża cześć terenów zajmowały też pola ryżowe piękne i zielone, mogliśmy obserwować pracujących na nich ludzi i cały proces uprawy od czyszczenia pól przez bawoły, poprzez ręczne sianie i rozsadzanie, aż po zbiór plonów.

Kolejną ciekawą częścią były odwiedziny w wioskach mniejszości etnicznych, najbiedniejszej ludności w Wietnamie. Zaskoczyła nas serdeczność i gościnność tamtejszych mieszkańców. Takiego miłego usposobienia i uśmiechów na twarzach nie widzieliśmy nigdzie indziej w Wietnamie.

Nie mogło się również obyć bez lokalnego targu gdyż jest to jedna z naszych słabości. Wstaliśmy o 5 rano i przed 3h chodziliśmy i obserwowaliśmy handel w wersji lokalnej. Byliśmy po raz pierwszy atrakcją turystyczną dla mieszkańców a nie odwrotnie. Reakcja na naszą obecność była niespotykana. Serdeczne pozdrowienia, próby konwersacji, tak ciepłe przyjęcie że czuliśmy się jak w domu. Nawet kiedy wdepnęłam w miskę pełna kalmarów i wszystkie wypłynęły na ulicę sprzedawczyni się tylko uśmiechnęła i bardziej była przejęta moja mokrą nogą niż jej pływającym po ziemi towarem. Ja bardzo przepraszałam i pozbierałam wszystkie śliskie ośmiornico-podobne stworzenia, z poczucia winy chciałam nawet kupić jednego ale co ja zrobię z surowym stworzeniem kiedy przed nami kolejne 200km na motorze.

Dwa ostatnie dni prowadziły słynną ‘drogą Ho Ci Min’ piękna natura: góry, rzeki, wodospady, majestatyczne drzewa i dzungla, gdzieniegdzie lokalne wioski. Soczysta zieleń aż kłuła w oczy.

Jechaliśmy w różnych warunkach pogodowych: upał, ulewa, mgła, mżawka. Najczęściej zaczynaliśmy około godziny 7-8 rano i zjeżdżaliśmy na nocleg około 17:00. Dziennie robiliśmy około 230km, kierowcy jechali bezpiecznie jak na warunki azjatyckie, my przynajmniej czuliśmy się bezpiecznie. Zatrzymywaliśmy się często bo inaczej tyłki protestowały i wysiedzieć się nie dało. Jedną z bardzo cennych dla nas korzyści tego wyjazdu było obcowanie z rodowitymi Wietnamczykami. Jedliśmy w bardzo lokalnych knajpkach bez angielskiego menu i steka z frytkami, ceny nie do porównania z innymi miejscami, tanio że aż miło. Czas wolny upływał na rozmowach, poruszane były tematy oczywiste: historia, wojna i komunizm, oraz te bardziej przyziemne o codziennych realiach życia, rodzinie, uczuciach i marzeniach.

Jak to mówią, ponoć tylko na centralnej wyżynie można jeszcze zobaczyć ‘prawdziwy Wietnam’: gdzie ludzie są zaskoczeni, że cię widzą, nie ma agencji turystycznych i wszystkiego podanego na tacy oraz typowo turystycznych gett. Bardzo byśmy chcieli zrobić dłuższą trasę aż do HCMC, następnym razem może na własnym jednośladzie. Ostatniego dnia po południu dojechaliśmy do Hoi An i ciężko było się pożegnać z Vietem i Tamem, lecz oni musieli wracać do Nha Trang szukać kolejnych chętnych turystów.

Reszta fotek i parę filmów znajdują się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Wietnam and tagged , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Central Highlands – ‘hit the road Jack…’

  1. Jovi says:

    OPCJA MISTRZ!!!

  2. Magda says:

    Jestem zauroczona!!! Gratulacje pomysłu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s