Ha Noi – miasto przekrętów…

Tym razem troszkę inaczej o stolicy, mianowicie o małych przeszkodach administracyjno-logistycznych na naszej drodze przez Wietman. O tym, że turyści często staja się ofiarą przekrętów każdy wie, jednak zdecydowanie przyjemniej się słucha historyjek niż je przeżywa na własnej skórze.

Do Ha Noi  dojechaliśmy po 12 godzinach spędzonych w sypialnianym autobusie – to taki azjatycki wynalazek na nocne przejazdy, składa się z trzech rzędów piętrowych łóżek. Idea całkiem fajna, tyle że na wyboistych drogach ciężko zmrużyć oko, a jeśli ktoś ma ponad 170cm wzrostu to musi kulić nogi.  Jeszcze w Hue zostaliśmy zaczepieni przez naganiacza polecającego Hotel w stolicy za bardzo przyzwoitą cenę, więc prosto po przyjeździe udaliśmy się do hotelu Elizbeth. Samo miejsce okazało się na pierwszy rzut oka niczego sobie, cena się zgadzała, miało być wliczone śniadanie więc bez namysłu wczekowaliśmy się, tu muszę wspomnieć, że w Wietnamie meldując się w hotelu zawsze trzeba zostawić w recepcji paszport. Meldując się zaznaczyliśmy, że zostajemy dwie noce, gdyż mieliśmy do załatwienia kilka spraw.

Zadaniami na pierwszy dzień było znalezienie rejsu po Zatoce Halong i kupienie biletów na pociąg do Sapa. Kręcąc się po mieście zaglądnęliśmy do kilku agencji w poszukiwaniu rejsu, agencji w Ha Noi jest cała masa i sprzedają najróżniejsze rejsy od podejrzanie tanich za 40$/3dni po bardzo ekskluzywne za 400$/3dni. My jednak byliśmy zdecydowani na rejs, można powiedzieć w klasie średniej, wcześniej polecony przez znajomych. Trzeba było tylko znaleźć jakąś agencję, która miała go w ofercie. W niedługim czasie udało nam się znaleźć  biuro sprzedające nasz A class cruise i po twardych negocjacjach z miłą panią cena stanęła na 125$/3dni, my jednak postanowiliśmy sprawdzić jeszcze jedną opcję. Mianowicie, wyszperaliśmy w necie, co my byśmy bez niego zrobili, adres siedziby głównej naszego statku i stwierdziliśmy, że na pewno tam uda nam się wynegocjować lepszą cenę. Po trzech godzinach krążenia po uliczkach Ha Noi dotarliśmy na miejsce, ku naszemu zdziwieniu pan za biurkiem uparcie twierdził, że minimalna cena za ten rejs to 150$, na nasz argument, że w agencji, która i tak musi coś na tym zarobić, można go kupić za 125$ pan tylko kiwał głową, że to niemożliwe. Więc po wyjściu, i pluciu sobie w brodę, że tylko straciliśmy 3h, wróciliśmy do miłej pani i kupiliśmy wycieczkę za wcześniej ustaloną cenę.

Następnie chcieliśmy kupić bilety na pociąg do Sapa, naszej kolejnej destynacji po stolicy i Zatoce Halong. Wiedzieliśmy, iż bilety trzeba kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem, ale że mieliśmy jeszcze 5 dni byliśmy spokojni.  Po dotarciu na dworzec podchodzę do kasy i mówię:

-poproszę 2 bilety na piątek do Sapa

kobieta w kasie bez patrzenia w komputer:

-nie ma miejsc (dodam że są 4 typy miejsc:  miękkie leżanki, twarde leżanki, miękkie siedzenie, twarde siedzenie)

zdziwiony jednak próbuję dalej:

-w takim razie na sobotę

-nie ma miejsc

-na niedziele?

-nie ma miejsc

Jest to pociąg nocny wiec o ile leżanki mogły być wykupione to może jeszcze byśmy w to uwierzyli, ale żeby nie było nic dostępnego  to definitywnie jakaś ściema.

Gocha obserwując całą sytuację mówi zapytaj na za 2 tygodnie, pytam, kasjerka tym razem szpera w komputerze i są miejsca ale tylko ‘hard seater’ czyli twarde ławki. Nas to i tak nie urządza, gdyż nie zamierzamy spędzić w stolicy dwóch tygodni. Nie wierząc w to co się właśnie stało odchodzimy zrezygnowani ,lecz słyszymy, że kasjerka z okienka obok nas woła, podchodzimy a ona wręcza nam zapisany odręcznie adres restauracji 50m od dworca z komentarzem, że tam możemy kupić bilety. Gocha nie wytrzymuje i bez ogródek komentuje na głos całą sytuację. Wychodzimy z dworca i postanawiamy sprawdzić podany adres.

Po pięciu minutach wchodzimy do lokalu i pytamy z lekkim uczuciem niepewności – w końcu jesteśmy w restauracji –o bilety pociągowe. Pani z ogromnym uśmiechem zaprasza nas do stolika wyciąga kajecik i pyta na kiedy? Podajemy datę i oczywiście bilety są tylko cena jest dwukrotna! Ciśnienie skacze nam jeszcze bardziej wchodzimy z kobietą w burzliwą dyskusję. Jest to dla nas oburzające i cena 30$ od osoby za pociąg w jedną stronę jest dla nas nie do przyjęcia. Kobieta twierdzi że ma wykupiony cały wagon sypialniany i sprzedaje bilety za ile chce. Choćbyśmy mieli iść do Sapa na piechotę biletu tutaj nie kupimy!

Wyczerpani tą sytuacją postanowiliśmy że odpuszczamy bilet bo i tak mamy do załatwienia  w następnym dniu wizę w ambasadzie chińskiej i tu nie wiadomo jak nam pójdzie.

Następnego dnia rano około godziny 9.30 kiedy byliśmy gotowi do zejścia na śniadanie i do wyjścia do ambasady dzwoni telefon w pokoju i recepcjonistka informuje nas, że dzisiaj nasz pokój jest zarezerwowany dla kogoś innego i ponieważ nie zgłaszaliśmy, że chcemy zostać na kolejną noc musimy opuścić pokój do godziny 11.00. W pierwszej chwili  myślimy, że to tylko nieporozumienie i idziemy na dół wyjaśnić sytuację. Stajemy się ofiarą kolejnego klasycznego przekrętu. Wywalają nas z hotelu – dlaczego?- bo nie zarezerwowaliśmy u nich wycieczki lub pokój był zarezerwowany ale nas nikt o tym nie poinformował przy rejestracji lub po prostu  ktoś był gotowy zapłacił więcej. Sytuacja jest bardzo napięta, długa i burzliwa dyskusja z menadżerską, która kłamie nam prosto w oczy, że nie mówiliśmy ile zostajemy staje na niczym. Gdy pytamy o śniadanie, które było w cenie za nocleg, informuje nas, że skończyło się 15 minut temu. Mogliśmy zostać w pokoju i się zabarykadować  ale jest jeden szczegół: musimy iść do ambasady natychmiast gdyż instytucja jest otwarta tylko jeszcze 2 godziny, żeby dostać paszporty musimy się najpierw wymeldować! Nie mamy wyjścia płacimy, mamy paszporty w ręku i w tym momencie Gocha staje na środku hotelu i głośno mówi co myśli o tym miejscu łącznie z indywidualną konwersacją z nowymi klientami, którzy właśnie weszli do recepcji. Nie mamy czasu do stracenia: pakujemy się w 5 minut (mieliśmy plan żeby wystawić telewizor za okno lub wziąć pilota do klimy, ale nie chcemy mieć żadnych problemów), wychodzimy znajdujemy nowy hotel wciągu  kolejnych  10 minut, zostawiamy rzeczy i jedziemy taksówką prosto do ambasady.

Gdy docieramy na miejsce i wchodzimy do środka , od razu przy wejściu dostajemy karteczkę z wymogami jakie musimy spełnić starając się o wizę. Czytamy listę i coraz szerzej otwieramy oczy z niedowierzania. Jest sześć warunków z których my spełniamy tylko jeden, a mianowicie posiadamy ważny paszport, kolejne to list rekomendacyjny o chińskiego pracodawcy, rezerwacje biletów samolotowych, hoteli, ubezpieczenie przetłumaczone na chiński itp. Itd. Próbuję dowiedzieć się czy to nie aby jakaś pomyłka, bo przecież my staramy się o wizę turystyczną a nie pracowniczą, kiedy podchodzę do okienka i pytam panią czy muszę spełniać te wszystkie śmieszne warunki legitymując się polskim paszportem, pani oznajmia , że nie, że dla nas liczą się tylko dwa pierwsze punkty na liście czyli: paszport i list rekomendacyjny od pracodawcy z Chin, na co ja spokojnie mówię, że my nie w celach zarobkowych jedziemy i nie do pracy tylko turystycznie, na co pani z rozbrajającym uśmiechem odpowiada, że wiz turystycznych to oni nie wydają wcale! Odchodzę od okienka nadal nie wierząc w to co usłyszałem. Gdy wchodzę do poczekalni, w której siedzi Gocha z Jodie od razu po mojej minie widzą, że coś jest nie tak, gdy opowiadam sytuację, podchodzi do nas ochroniarz i prosi o wyjście gdyż ambasada się właśnie zamyka. Wychodząc na ulice nie mamy pojęcia co dalej. Postanawiamy zrobić szybkie rozeznanie w sprawie i sprawdzamy fora internetowe, znajdujemy informację, że agencje turystyczne pomagają z załatwieniu wizy. Postanawiamy więc udać się do miłej pani u której dzień wcześniej kupiliśmy rejs po Zatoce Halong. Gdy wchodzimy i mówimy o co nam chodzi pani mówi, że nie ma żadnego problemu wystarczy zdjęcie i paszport i za 5 dni wiza będzie do odebrania tyle, że kosztuje dwa razy więcej niż powinna czyli nie 35$ a 70$ od osoby na 30dni, nie namyślamy się zbyt długo bo wiemy, że i tak nie mamy innego wyjścia. Zostawiamy paszporty i postanawiamy się zrelaksować, gdyż mamy dość dwóch ostatnich dni. Idziemy do małej knajpki i zaszywamy się w niej na resztę dnia. Jak się później okazało na granicy wizy zostały wydane w Sajgonie, więc chyba faktycznie ambasada chińska w Ha Noi wiz turystycznych nie wydaje, czego do dziś zrozumieć i wytłumaczyć nie potrafimy.

W Ha Noi zatrzymaliśmy się również po powrocie z Zatoki Halong, czekaliśmy na odbiór wiz, zniechęceni stresującymi doświadczeniami nie mieliśmy najmniejszej ochoty na zwiedzanie zatłoczonej stolicy. Poniżej parę zdjęć z ‘życia miasta’, które zarejestrowaliśmy chodząc po uliczkach.

Reszta fotek tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Wietnam and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s