Sapa – ryżowe królestwo…

Po 12 godzinach spędzonych w pociągu dojechaliśmy z Ha Noi do Lai Ciao, małego miasteczka na pograniczu chińskim, a stamtąd już był rzut beretem do Sapa naszej ostatniej destynacji w Wietnamie. Sapa jest górską osadą słynącą z tarasów ryżowych i dość ciekawych tras trekingowych.  Jak wysiedliśmy z pociągu to lało jak z cebra i było bardzo mgliście, obawialiśmy się, że przy takiej pogodzie nic nie zobaczymy i wędrówki po górach też będą utrudnione. Jednak mieliśmy  5 ostatnich  dni  wizy wietnamskiej i nadzieję że wciągu tych dni pogoda się zmieni. Nie musieliśmy długo czekać, bo już tego samego dnia wyszło słońce, chmury się uniosły odsłaniając szczyty gór i taka pogoda towarzyszyła nam praktycznie przez cały pobyt.

Jak zwykle uznaliśmy, że żeby zobaczyć okolicę najlepiej będzie na początek wynająć skuter i ją objechać. Następnego dnia z samego rana siedzieliśmy już na naszym jednośladzie i jechaliśmy przed siebie. Pierwszym miejscem jakie chcieliśmy zobaczyć była najwyżej w Wietnamie położona droga na wysokości 1950m i roztaczająca się z niej piękna panorama gór.

W niektórych momentach było bardzo stromo i skuter ledwo zipał ale jak dojechaliśmy na punkt  widokowy to widok nas powalił: góry po horyzont i dolina z maleńkimi wioskami. Następnie udaliśmy się na podziwianie tarasów ryżowych. Za każdym zakrętem drogi pojawiały się coraz to nowe, obsadzone młodym ryżem tarasy, zieleń aż kłuła w oczy. Ryż rosnący kaskadowo widzieliśmy po raz pierwszy i nie mogliśmy się na to zjawisko napatrzeć, ochom i achom nie było końca, a że pogoda sprzyjała to co chwilę zatrzymywaliśmy się na pstrykanie kolejnych zdjęć. Następne trzy dni spędziliśmy jeżdżąc i przechadzając się po tarasach i okolicznych wioskach.

Musimy wspomnieć, iż okolicę Sapa zamieszkuje wiele mniejszości etnicznych charakteryzujących się różnymi tradycyjnymi strojami, w bajecznych kolorach. Ludność ta w większości żyjąca bardzo skromnie z uprawy ziemi, także postanowiła zarobić na turystach i tak kobiety i dzieci przechadzają się po okolicy nosząc na plecach kosze załadowane wyrobami do zaoferowania.

W ofercie są drobne upominki, biżuteria, ręcznie robione narzuty i kapy i cała masa innych babilotów.  Praca ta, bo tak trzeba to nazwać, nie jest łatwa, kobiety przychodzą pieszo do miasteczka z niejednokrotnie oddalonych o 15km wiosek, zobaczyć je można już bardzo wcześnie rano a wieczorem około 21 wciąż chodzą uliczkami, często nosząc oprócz wyrobów także niemowlęta na plecach. Taktyka sprzedaży jest dobrze przemyślana, nie ma czegoś takiego jak ‘nie dziękuję’ taka odpowiedź nie dociera, można ewentualnie powiedzieć nie teraz, może jutro, ale wtedy dana ‘sprzedawczyni’ już od rana nas wypatruje i nie odpuści dopóty dopóki nie kupimy choćby kartek pocztowych. Kobiety chodzą przeważnie grupkami i jak tyko dostrzegą zachodniego turystę to od razu podążają krok w krok za nim pokazując towary. Jest to troszkę nachalne ale bardzo sympatyczne i nie ma się co dziwić, gdyż każdy chce dorobić choć parę dongów.

My w końcu daliśmy się złamać i też kupiliśmy kilka drobiazgów od trzech sympatycznych kobitek. Trzeba kupić coś od każdej jeśli są one w grupie, bo w przeciwnym wypadku ta której nie uda się nic sprzedać zaczyna płakać i robić małą scenę. W Sapa kończymy naszą miesięczną przygodę pt. Wietnam i ruszamy dalej do Chin.

Reszta fotek znajduje się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Wietnam and tagged , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s