Z wizytą w Larung czyli miasto mnichów, błogosławieństo Lamy i ‘niebiański pochowek’…

Larung  jest klasztorem i największym na świecie centrum kształcenia mnichów i zakonnic buddyjskich położonym w dolinie niedaleko Sertar (Seda). Skupia ponad dziesięć tysięcy uczniów, lecz zamieszkuje znacznie więcej, gdyż osobna część przeznaczona jest dla mnichów i zakonnic w sędziwym wieku.  Oficjalnie według władz studentów jest około czterystu(!!!) i za każdym razem gdy jest kontrola nowicjusze proszeni są o ukrycie się w domach by nie można było ich policzyć. Władza chce kontrolować wszystko i tak trzy lata temu zrównała z ziemią tysiąc domów bo było już ich za dużo!!!

Miejsce jak się dowiedzieliśmy jest oficjalnie zamknięte dla zagranicznych turystów i nie do końca łatwo jest się do niego dostać. Szukając prywatnego transportu wraz z zapoznanymi Chińczykami, dwóch kierowców odmówiło wzięcia nas do swoich minibusów, lecz trzeci polecił nam schować się w razie kontroli z tyłu za przyciemnionymi szybami i za nieco wygórowaną cenę nas zabrał.

Na miejsce dotarliśmy już po zmroku. Pnąc się pod górę wąską krętą drogą dojechaliśmy do doliny położonej na ponad 4000m npm. , której zbocza pokrywają tysiące miniaturowych drewnianych domków zamieszkałych przez mnichów i buddyjskie zakonnice.  We wszystkich okienkach świeciły się światła i wszystko wyglądało dość magicznie. Zakwaterowaliśmy się w guest housie prowadzonym przez siostry i zmęczeni po 14 godzinach w drodze padliśmy wyczerpani.

Rano ukazał nam się widok niesamowity. Po środku doliny znajdują się cztery duże budynki: szkoła mnichów, stara szkoła mnichów, szkoła zakonnic i budynek dla przyjezdnych chińskich uczniów, a okoliczne zbocza pokrywa niewiarygodnie gęsta zabudowa domeczków mieszkalnych wyglądających jak zbudowanych z klocków lego.  Nad wszystkim góruje stupa otoczona młynkami modlitewnymi.

Już pierwszego dnia spacerując po okolicy zaczepił nas młody mnich, który przybył do Larung dwa miesiące wcześniej i planuje kształcić się tam przez kolejne dziesięć lat. Nic lepszego nie mogło nas spotkać, gdyż w tym miejscu ciężko spotkać kogoś władającego angielskim.  Był to akurat dzień  wolny od zajęć więc Denis, bo takie ma on angielskie imię zaoferował nam pokazanie okolicy i oprowadzenie po instytucie, gdyż jak sam przyznał chce szlifować angielski, a że turystów tam jak na lekarstwo to i okazji niewiele.

Dowiedzieliśmy się ,iż cały teren podzielony jest na trzy części. W jednej mieszkają  „emeryci”, druga zamieszkała jest przez siostry a trzecia przez mnichów. Ci ostatni powinni spędzać nie więcej niż godzinę dziennie na rozmowie z zakonnicami. Domy zamieszkałe przez mnichów nie mogą być odwiedzane przez kobiety, nawet te z najbliższej rodziny, a do domów zakonnic nie mają wstępu mężczyźni. Chcieliśmy odwiedzić obie szkoły, lecz postanowiliśmy zostawić to na następny dzień, gdyż w  dzień wolny bez uczniów to nie to samo.

Chodząc po instytucie dowiedzieliśmy się od innego mnicha, że za dwie godziny na pobliskim wzgórzu odbywa się tybetański pogrzeb tak zwany „niebiański pochówek” i jeżeli chcemy go zobaczyć to jesteśmy zaproszeni. Zastanawialiśmy się przez chwilę czy chcemy uczestniczyć w tej ceremonii, gdyż słyszeliśmy już o tym obrządku wcześniej więc wiedzieliśmy czego się spodziewać. Będąc w Litang w jednym z hosteli widzieliśmy nawet ogłoszenie, iż za opłatą turyści mogą zostać zabrani i poobserwować rytuał. Dla nas robienie z pogrzebu atrakcji turystycznej jest trochę chore, więc nie zdecydowaliśmy się wówczas, ale tym razem gdy niejako zostaliśmy zaproszeni postanowiliśmy skorzystać z okazji.

W Buddyzmie Tybetańskim ciało po śmierci, gdy opuszcza je ciało subtelne (w naszym pojęciu dusza) traci jakąkolwiek wartość i znaczenie.  Wierzy się, iż ciało subtelne  trafia do stanu bardo czyli stanu pośredniego pomiędzy śmiercią a kolejnymi narodzinami – reinkarnacją. Modli się jednak przez całe życie, aby ciało subtelne mogło tam pozostać i by nie musiało wracać na ziemię w kolejnej reinkarnacji. Tybetańczycy wierzą w jedność wszechświata. Człowiek jest jego częścią, zatem umierając wraca on ponownie do kręgu życia. Tu dzieje się to za sprawą sępów, które rozszarpując i zjadając ciało unoszą zmarłego pod niebiosa jednocześnie włączając go w krąg życia.

Na wskazane wzgórze dotarliśmy na pół godziny przed rozpoczęciem ceremonii. Siedziało tam już kilkunastu mnichów i grupa Tybetańczyków – jak się później okazało rodzina zmarłych. Kilka sępów krążyło wysoko w powietrzu obserwując sytuację a cała chmara siedziała wysoko na wzgórzu w oczekiwaniu…

My też zajęliśmy miejsce i czekaliśmy na to co nastąpi. Po jakichś piętnastu minutach zajechały dwa motory z dwoma workami, w których znajdowały się dwa ciała. Ciała po śmierci trzymane są przez kilka dni w celu dokonania obrzędów religijnych, podczas których kapłan buddyjski odczytuje Księgę Umarłych aby ułatwić ciału subtelnemu opuszczenia ciała martwego. Następnie na miejsce przybył mistrz ceremonii wyposażony w tasak, siekierę i młot. Zawód ten jest niezwykle zaszczytny i respektowany. Gdy zaczął rozpakowywać ciała z worków i zdzierać z nich ubranie sępy wykazywały coraz to większe zainteresowanie. Niebiańskie pochówki odbywają się tam kilka razy w tygodniu, więc drapieżniki wiedzą czego się spodziewać. Zaczęły kołować coraz to niżej mocno trzepocząc wielkimi skrzydłami, a część siedząca na wzgórzu zabiegała podskakując coraz to bliżej zwłok.

Po naostrzeniu tasaka grabarz, choć nie jest to chyba najtrafniejsze określenie, zaczął wielokrotnie nacinać ciała i łamać kości w celu ułatwienia ptakom zadania.

Gdy zwłoki były już gotowe do wystawienia na pożarcie ściął skalp i rzucając go w stronę sępów dał znak, iż mogą zacząć „konsumpcję”.  Zleciło się ich około dwustu i walcząc między sobą o każdy kawałek mięsa, przenosząc ciało w obrębie kilku metrów, w ciągu niespełna piętnastu minut wykonały swe zadanie. Zostały jeszcze kręgosłupy i czaszka, z którymi drapieżniki nie mogły sobie poradzić więc roztrzaskano je młotem i porąbano siekierą na małe kawałki, gdyż po zmarłym nie powinno pozostać nic.

Trzeba dodać iż ta forma pochówku jest bardzo honorowa i przysługuje głównie mężczyznom i dzieciom, których rodziny mają wystarczająco dużo pieniędzy by ją opłacić. Obserwując rodziny podczas pogrzebu nie zauważyliśmy ani łez ani głębokiego smutku, a wręcz przeciwnie jakby lekkie zadowolenie, że zmarły nie musi się już więcej zmagać z problemami życia ziemskiego.

Nam przeżycie to na długo pozostanie w pamięci, gdyż różni się ono diametralnie od tego co nam kojarzy się z pogrzebem. Gocha nie do końca mogła na wszystko patrzeć więc skupiła się głównie na obserwowaniu zachowań sępów. Nie wyobrażamy sobie bycia świadkiem owego rytuału gdyby zmarłym była bliska nam osoba. W Buddyzmie, który nie uznaje zmartwychwstania jak wyżej już pisałem ciało fizyczne jest tylko przejściowym „domem” ciała subtelnego. Trzeba również przyznać iż ta forma pochówku jest niezwykle ekologiczna i  jak naucza Buddyzm powinno się dawać siebie zarówno innym ludziom jak i naturze w tym wypadku ptakom.

Po powrocie z pogrzebu chcieliśmy jeszcze pokręcić się po okolicy i poobserwować życie codzienne tego niesamowitego miejsca.

Spacerując wąskimi alejkami pomiędzy domkami poznaliśmy przesympatyczną zakonnicę, która niezmiernie uradowała się na nasz widok. Siostra Yuan Yang żyje już od wielu lat w Larung i choć nie mówi ani słowa po angielsku od samego początku z kontaktem nie było problemu.

Zostaliśmy zaproszeni do jej domu na herbatę a przy okazji zaoferowała nam nocleg z czego bardzo się ucieszyliśmy. Normalnie do domu zakonnicy mężczyźni raczej wchodzić nie mogą, ale że Yuan Yang ma dwa oddzielne pokoje i kilka łóżek dla pielgrzymów, to nawet z noclegiem nie było problemu. Jeszcze tego samego wieczoru zostaliśmy zaproszeni na wykład i nauki Lamy co okazało się bardzo ciekawym doświadczeniem. Wyglądało to tak że w dużej sali przedzielonej na pół zbierali się mnisi i zakonnice, by najpierw wspólnie się pomodlić a następnie wysłuchać odczytu Lamy. Wszyscy przez ponad dwie godziny siedzieli po turecku kręcąc młynkami modlitewnymi i w skupieniu modlili się i słuchali nauk. My niewiele z tego rozumieliśmy, ale Denis co jakiś czas streszczał mi o co chodzi, jako że siedziałem w części przeznaczonej dla mnichów, Gocha w części dla zakonnic niestety nie miała tłumacza.

Następnego dnia  odwiedziliśmy obie szkoły i podglądaliśmy odbywające się w nich zajęcia.

Następnie  zostaliśmy zaproszeni na spotkanie Lamy z mieszkańcami okolicznych wiosek, na którym nauczał zwykłych ludzi jak radzić sobie z problemami życia codziennego. Wszystko to było dla nas bardzo interesujące i jakże inne od tego co znamy z domu i naszego kościoła. Denis towarzyszył nam też przez większość dnia tłumacząc i przybliżając tajniki Buddyzmu. Zaprosił mnie również do siebie do domu, z którego był niezwykle dumny gdyż dopiero co go sobie odremontował. Życie w tamtejszych warunkach do najłatwiejszych nie należy. Jest bardzo skromne i pozbawione wielu „wygód”. W domach nie ma ani toalet ani bieżącej wody, a w zimie, która trwa przez większość roku ogrzewanie czy choćby piec to tylko marzenie. Wodę nosi się w dużych baniakach z lokalnych studni a toalety i prysznice z lodowatą wodą są rozlokowane w kilkunastu miejscach w miasteczku.

Społeczność musi być bardzo zahartowana, gdyż nam doskwierający chłód na nich nie robił wrażenia. Przed wejściem do domu, szkoły czy świątyni należy zdjąć buty a gdy temperatura w pomieszczeniach i na dworze jest bardzo zbliżona to od stóp ciągnie niemiłosiernie, lecz przyzwyczajeni do panujących warunków mnisi bez problemu chodzą bez skarpet.

W ostatnim dniu Denis zabrał nas na spotkanie z głównym Lamą klasztoru i poprosił o błogosławieństwo dla nas. Po otrzymaniu dobrego słowa na dalszą drogę od Lamy postanowiliśmy poczekać jeszcze do popołudnia aby zobaczyć debaty mnichów. Każdego dnia około siedemnastej  mnisi zbierają się w holu szkoły aby utrwalić wiedzę zdobytą danego dnia. Forma w jakiej się to odbywa jest dość niecodzienna aczkolwiek bardzo interesująca. Mnisi dobierają się w pary, jeden siada na podłodze(w całej szkole nie ma ani jednego krzesła) a drugi stoi przed nim. Zaczyna się dyskusja na zadany temat i wymiana argumentów. Ten który stoi zadaje pytania i pod koniec wywodu  z impetem klaszcze w dłonie dając znak, że oczekuje odpowiedzi. Wszystkiemu przygląda się jeszcze grupka innych mnichów, którzy również mogą włączyć się do dyskusji.  Wszyscy są bardzo zaangażowani i wkładają w debaty całych siebie. Chwilami nawet wygląda to dość agresywnie jakby była to kłótnia a nie debata.

Te kilka dni spędzonych w otoczeniu samych sióstr i braci oddających się całkowicie religii skłoniły nas do refleksji nad życiem i przemijaniem, a pobyt w miejscu tak innym od dotychczas odwiedzanych długo pozostanie w nas. Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie z „naszym” mnichem i obiecaliśmy pozostać w kontakcie i odwiedzić go z kilka lat.

Jeżeli ktoś by się wybierał i chciałby namiar na anglojęzycznego mnicha to prosimy o kontakt, a udostępnimy numer telefonu.

Reszta fotek tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Chiny, Tybet and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink.

4 Responses to Z wizytą w Larung czyli miasto mnichów, błogosławieństo Lamy i ‘niebiański pochowek’…

  1. san says:

    my god, its breathtaking!!! well done love!🙂

  2. gotyska says:

    One of most interesting and inspiring places we have visited during 7 months of travelling…

  3. ewa says:

    robi wrażenie… i ta ceremonia pogrzebowa.

  4. padma says:

    Zachwyciło mnie to miejsce! Jeśli mogę, to bardzo proszę namiary na Denisa, podaję swój mail: padma1@tlen.pl Czy możecie powiedzieć, z jakiej miejscowości jechaliście do Larung? I czy to, że udało Wam się znaleźć kogoś, kto Was zabrał, było Waszym zdaniem łutem szczęścia, czy sądzicie, że są szanse, żeby ten sukces powtórzyć?;)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s