Nam-tso jezioro marzeń…

Do Tybetu przyjechaliśmy w dużej mierze ze względu na krajobraz i cuda natury jakie można tu zobaczyć. Jezioro Nam-tso uplasowało się wysoko na naszej liście i postanowiliśmy spędzić nad nim dwa dni. Położone na wysokości 4730m n.p.m słone jezioro ma 70km długości i 30km szerokości a jego głębokości dochodzi do 35m . Nam-tso znajduje się zaledwie 240km od Lhasy więc większość turystów przyjeżdża tu tylko na kilka godzin, my ulokowaliśmy się w tymczasowej wiosce działającej tylko podczas sezonu, położonej na  półwyspie który opływa jezioro.  Kilkanaście baraków wystarczy żeby mieć gdzie się przespać i co zjeść. Rozkoszując się pięknymi widokami zapomnieliśmy o spartańskich warunkach i spędziliśmy 2 dni na łonie natury.

W pierwszy dzień było dosyć wietrznie więc na wodzie pojawiły się białe fale i generalnie mieliśmy wrażenie, że jesteśmy nad morzem. Kolor wody zmieniał się wraz z nasileniem promieni słonecznych i tak paleta barw przechodziła od turkusów po niebieski aż do granatu. Mieliśmy szczęście i na pasmo gór  ze szczytem powyżej 7000m n.p.m królującym nad jeziorem spadł śnieg, białe szczyty dodawały ten extra element zachwytu i na myśl przychodziło tylko WOW!

Na brzegu jeziora blisko wioski leżakują białe jaki, które lokalni mieszkańcy przyprowadzają codziennie w celach turystyczno-zarobkowych. Piękne zwierzęta przystrojone w kolorowe siodła jak modele czekają na chińskich turystów, którzy lubują się w tego typu atrakcjach i chętnie robią sobie zdjęcia na jaku stojącym w wodzie!  Około drugiej godziny cyrk się kończy, zwierzaki maja wolne bo większość turystów wraca do Lhasy, uwolnione z przebrania łażą swobodnie i pięknie komponują się z otoczeniem.

Nam-tso jest jednym ze świętych jezior tybetańskich więc tradycyjnie można obejść korę wokół wzgórza znajdującego się na półwyspie. Podczas naszej kory w jednej z jaskiń natrafiliśmy na kobiecinę w średnim wieku, która właśnie przyjechała tu na 6 miesięcy, żeby codziennie chodzić wokoło ze swoim młynkiem modlitewnym powtarzając buddyjską mantrę. Niesamowita była jej gościnność od razu polała herbatę z masłem z jaka uzupełniając kubek gdy tylko zrobiło się chociaż łyk i poczęstowała kilkutygodniowym obwarzankiem, ciężko było odmówić, zasadą jest żeby wsiąść chociaż kawalątek. Najbardziej ucieszyło nas zdjęcie aktualnego Dalajlamy stojące na honorowym miejscu. W Tybecie jest zakaz posiadania zdjęć duchownego przywódcy, armia sprawdza nawet telefony mnichów w poszukiwaniu jakichkolwiek tekstów lub obrazów związanych z tym tematem!  Na półwyspie znajduje się mały klasztor, w którym mnisi zostają przez cały rok, stupa, pełno tybetańskich flag i dwa ogromne kamienie które wyglądają jak ręce złożone do modlitwy.

W jednej ze skał wyrobiony był mały tunel i wierzy się że jeżeli człowiek przejdzie przez niego bez problemu to znaczy, że w poprzednim życiu był dobry i nie zabijał ani nie krzywdził zwierząt i ludzi. Niby mała dziura i nic trudnego jednak trzeba było się przecisnąć i wykręcić całe ciało, Roman przy drugiej próbie podołał zadaniu ku uciesze gromadki pielgrzymów.

Pogoda nam dopisywała więc po całym dniu spędzonym na kręceniu się wokół i zwiedzaniu okolicy, postanowiliśmy wdrapać się na wzgórze i poczekać do zachodu słońca. Widok z góry był po prostu nieziemski. Białe szczyty i tafla wody w ciepłych  żółtych odcieniach przechodzących w pomarańcze i róże po prostu raj na ziemi…

Pełna galeria z pobytu tutaj.

Pozdrawiamy!!!

This entry was posted in Chiny, Tybet and tagged , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s