Mt Everest wyżej się nie da…

Tybet, dach świata ze śnieżnymi ośmiotysięcznikami  to przede wszystkich chcieliśmy zobaczyć i dzień, w którym mieliśmy nocować w bazie pod najwyższą górą świata był pełen emocji. Wstaliśmy raniutko i jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy w stronę bazy. Mieliśmy do przejechania około 100km jednak stan drogi i nieistniejąca nawierzchnia zdecydowanie wydłużyła czas podróży. W ciemnościach pniemy się po krętej drodze, by na pasie zobaczyć pasmo Himalajów o wschodzie słońca. Widok piękny, bezchmurne niebo i wiatr tak silny, że widać było jak zmiata śnieg ze szczytów.

Zachwyceni dobrą pogodą jedziemy dalej żeby bliżej przyjrzeć się górze. Najlepiej szczyt oglądać rano gdyż po 12 często Mt Everest chowa się w chmurach. Po około 2h zaczynają się problemy z samochodem. Łapiemy pierwszą gumę, kierowca zmienia koło wracamy do pobliskiej wioski żeby naprawić flaka. Ruszamy dalej i dosłownie w tym samym miejscu tracimy druga oponę, lekko zdenerwowani bo czas leci, a my tylko w polu stoimy informujemy telefonicznie agencję, że jest problem z kompletnie łysymi oponami, słyszymy że to się zdarza i, że teraz będzie już w porządku.  Kilka kilometrów przed bazą noclegową łapiemy trzecią gumę, zastępczym transportem dojeżdżamy na miejsce. Po drodze mijamy najwyżej na świecie położony klasztor Rongphu 4900m n.p.m. Mały kompleks typowych białych budynków pięknie wygląda w górskim otoczeniu. Przy klasztorze jest również hostel my jednak chcemy zaznać wyjątkowej przygody więc jedziemy dalej.

Po stronie Tybetańskiej można nocować 4 km od bazy pod Everestem. Lokalni mieszkańcy zorganizowali namiotowe miasteczko i tak na wysokości  5050m n.p.m można spędzić noc w niezwykłym ‘hotelu-namiocie’ ze ścianami z wełny  jaka. Rozgościliśmy się w naszym namiocie, w który w środku  znajdowały się łóżka ułożone w podkowę i piec-koza do ogrzewania wnętrza. Ciepła herbata na rozgrzanie i spacer po okolicy. Miasteczko liczyło około 30 namiotów rozstawionych po kwadracie otoczone skalistymi, szarymi górami jednak patrząc przed siebie Everest dominował na linii nieba.

Czekamy na zachód słońca bo ponoć jest szansa na bezchmurny widok i tak czekamy, czekamy  i się doczekaliśmy Everest był na wyciągnięcie dłoni, północna strona góry odsłoniła się i mogliśmy w pełni podziwiać jej oblicze.

Mamy pewne obawy co do nadchodzącej nocy bo nigdy nie spaliśmy tak wysoko no i niska temperatura, którą po zachodzie słońca można było dotkliwie odczuć. Na zewnątrz ziąb jak cholera wiało i lodowate powietrze przenikało wszystkie warstwy ubrania. Jednak warto było stać chwile na dworze by zobaczyć niesamowite rozgwieżdżone niebo, drogę mleczną i szczyt o blasku księżyca ten widok był po prostu bezcenny…

Następnego dnia rano czekał nas godzinny spacer do najdalszego miejsce, do którego wpuszczani są turyści, krętą drogą dochodzimy na mały pagórek i wśród tybetańskich flag podziwiamy Mt. Everest po raz kolejny. Rozwieszamy kupione wcześniej flagi modlitewne, żeby zostawić coś swojego w tak wyjątkowym miejscu. W bazie stoi głaz z zaznaczoną wysokością 5200m n.p.m i z tybetańską nazwą szczytu – Mt. Qomolangma.

Polecamy książkę ‘Into thin air’ autorstwa Jona Krakauera pisaną z punku widzenia obserwatora i uczestnika komercyjnej amerykańskiej ekspedycji na Everest w roku 1996, która skończyła się bardzo tragicznie śmiercią 8 osób. Bardzo głośna historia opisuje wydarzenia i błędy które doprowadziły do tragedii. Najwyższy szczyt świata został zdobyty po raz pierwszy prawie 60lat temu w 1953 roku przez Sir Edmunda Hillary oraz Tenzinga Norgay od tego czasu do 2007 roku ponad 3000 osób zdołały powtórzyć ten sukces (Sherpa Apa zrobił to 13 razy!!!)  natomiast ponad 200 zginęło próbując. Z grupy szczęśliwców najmłodsza osoba miała 15 lat, a najstarsza 64! Wiele śmiałków próbowało swoich sił, niektóre próby szczególnie te najwcześniejsze były z założenia samobójcze. Próby zdobycia szczytu w pojedynkę, bez odpowiedniego sprzętu, doświadczenia i przygotowania bardzo często kończyły się niepowodzeniem. Wspinały się małżeństwa, rodzeństwa a nawet całe rodziny na raz. Z Everestu zjeżdżano na nartach i snowboardzie, a nawet zlatywano na paralotni. Jak ktoś się zdecyduje na wspinaczkę to pamiętajcie nepalska strona jest ponoć łatwiejsza🙂 W latach 80′ i 90′ popularne wyprawy komercyjne otworzyły nowy rozdział we wspinaczce górskiej. W ostatnich latach zaczęto projekt, który ma pomóc w ochronie środowiska w rejonie Mt Everestu gdyż przez te wszystkie lata śmieci, puste pojemniki po tlenie oraz ciała zmarłych himalaistów pozostawały na górze.

więcej zdjęć znajduje się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Chiny, Tybet and tagged , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Mt Everest wyżej się nie da…

  1. iwona says:

    Hej,
    chciałam sprostować, że nazwa Qomolangma nie jest chińską nazwą szczytu tylko tybetańską
    (ཇོ་མོ་གླང་མ, Jo mo glang ma) co znaczy: BOGINI MATKA ZIEMIA, a po nepalsku Mount Everest to Sagarmatha co w wolnym tłumaczeniu znaczy: CZOŁO NIEBA.
    Najwyższa góra świata po chińsku to: 珠穆朗玛峰 Zhūmùlǎngmǎ Fēng
    (korzystałam z Wikipedii:)
    pozdrawiam i życzę kolejnych wrażeń🙂
    i.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s