Góry, lasy, jeziora i…..SER czyli szlak Lantang – Gosainkund – Helambu cz.1

Przyjechać do Nepalu i nie pójść na trak to po prostu zbrodnia. Wjeżdżając do kraju nie mieliśmy żadnego planu, wiedzieliśmy tylko, że chcemy pochodzić po Himalajach. Zdecydowaliśmy się na popularny szlak wokół  Annapurny ale wiedzieliśmy, że jako jeden z najsłynniejszych na świecie w listopadzie będą tłumnie oblegany. Czekając na luźniejszy okres po sezonie wybraliśmy się na rozgrzewkę na połączony szlak Lantang – Gosaikund – Helambu.  Początkowo miały być tylko dwa pierwsze, jednak po najgorszej z możliwych podróż autobusem do Dunche, gdzie rekordowo 120km jechaliśmy 9h, postanowiliśmy zmienić plany i zamiast wracać tą samą drogą dodaliśmy kilka dni i zeszliśmy częścią szlaku Helambu niemalże do Katmandu .

Oprócz krótkich wędrówek w Chinach nigdy nie byliśmy na tak długim traku. W stolicy zaopatrzyliśmy się w brakujące sprzęty takie jak śpiwory, kijki oraz mały plecak. W Katmandu jest mnóstwo sklepów oferujących wszystko czego potrzeba wybierającym się w góry. Można kupić po prostu wszystko od skarpetek, butów i polarów po kurtki puchowe. Najsłynniejszy jest ‘Nort Fake’ podrabiane ciuchy słynnej firny North Face. Na szczęście nie potrzebowaliśmy ani ciuchów ani butów bo jakość oferowanych ubrań jest wątpliwa a i ich wymieniane funkcje często są dalekie od reklamowanych. Na trasę nie wzięliśmy ani przewodnika ani tragarza, spakowaliśmy się w dwa małe plecaki ważące 7-8kg każdy i spędziliśmy 13 dni w pięknych okolicznościach natury.

Szlak w dolinie Lantangu  ma wiele do zaoferowania cały trasa prowadzi wzdłuż rzeki przez sosnowy, rododendronowy  i bambusowy las. Następnie wspina się przez pastwiska, aby docelowo znaleźć się na wysokogórskich łąkach Kanjin Gompy, skąd rozpościera się widok na śnieżne szczyty z dominującym na północy Lantang Lirung 7246m n.p.m.

Dzień 1. Z Syabrubesi 1470m n.p.m  do Renche 2400m n.p.m.

Pierwszy dzień to przede wszystkim sprawdzenie formy i ocena jak nam będzie się szło z plecakami. Trasa prowadziła przez las na zmianę w górę i w dół wzdłuż  koryta rzeki. Pogoda nie dopisywała i pomimo, że nie padało zachmurzenie było spore i wszystko wyglądało dość ponuro. Po 6 godzinach wędrówki, lekko padnięci, dotarliśmy do schroniska, z którego powinien rozpościerać się piękny widok na dolinę jednak gęsta mgła zdominowała krajobraz. Wieczór spędziliśmy grzejąc się przy kominku –kozie.

Dzień 2. Z Renche 2400m n.p.m  do Lantang 3430m n.p.m

Raniutko zjedliśmy śniadanie( przeważnie 2 gotowane jajka i tybetański chleb) i ochoczo ruszyliśmy w drogę. Dziś naszą destynacją miała być wioska położona 1000m wyżej. Trasa dalej szła przez las, a że po lesie od dawna już nie mieliśmy okazji pochodzić przyjemnie było po prostu oglądać drzewa niektóre już w jesiennych kolorach. Szlak miejscami prowadził dość ostro pod górę po kamiennych stopnio-schodach, gdzieniegdzie przechodziło się koło wodospadu lub strumyka jednym słowem miła przechadzka . Po dotarciu do Lantang pierwszą misją było znalezienie fabryki sera i słynnych zapiekanek. Zadanie nie było trudne, ogromny napis na dachu budynku ‘ser i chleb’ nieco ułatwił nam sprawę🙂 Serem nie byliśmy zachwyceni bo był mało dojrzały i bardzo łagodny w smaku, jednak stanowił lekkie urozmaicenie od naszych codziennych posiłkach.

Dzień 3 Z Lantang 3430m n.p.m do Kyanjin Gompa 3860m n.p.m

Przyjemny 2 godzinny spacer przez pastwiska i małe wioski przywiódł nas do Kyanjin Gompy ostatniej osady na tym szlaku. W wyższych partiach lokalni ludzie hodują jaki, które wdzięcznie wylegują się w pomarańczowej trawie. Nie będziemy ukrywać, że zniecierpliwieni chcieliśmy w końcu ujrzeć góry bo spacer spacerem, ale my przyjechaliśmy pooglądać te słynne Himalajskie szczyty! Pogoda ciągle w kratkę, chmury wiszą i tylko czasem słońce zdoła się przebić i zaświecić. Zostajemy tu 2 noce więc mamy nadzieje że rano wstaniemy i pogoda nas miło zaskoczy.

W tej wiosce każdy dom to w zasadzie schronisko, więc wybór zakwaterowania był całkiem spory. Po drodze napotkani lokalni wręczali wizytówki obiecując zniżki na jedzenie. Na szlaku generalnie zasada jest taka, że śpisz za darmo jeżeli jesz w restauracji swojego schroniska. Chyba, że ma się ze sobą tragarza lub przewodnika wtedy płaci się za pokój, który i tak jest bardzo tani 5-10zł za 2 osoby. Byliśmy zdziwienie, że dodatkowo właściciele oferowali nam do 30% zniżki na jedzenie byleby tylko u nich się zatrzymać. Byliśmy na trasie w sezonie i ludzi wcale nie było tak mało.

W każdej jadłodajni menu w zasadzie jest takie samo składa się głównie węglowodanów i warzyw: ziemniaki, makaron, ryż, momo – takie ala pierogi, chleb, jajka i na chorobę wysokościową zupa czosnkowa i herbata z imbirem! Im wyżej tym drożej, rekordowo za 2 jajka na twardo płaciliśmy 10zł, to na warunki nepalskie jest bardzo dużo przynajmniej 4 razy więcej niż np. w Katmandu.  Kolejnym zwyczajem jest to, że jeżeli masz ze sobą tragarza lub przewodnika jedzą oni za darmo ale zawsze po tym jak skończą wszyscy  goście. W ich menu na lunch i kolacje jest tylko jedno danie Dal Bath!

Ponieważ dotarliśmy tu bardzo wcześnie wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy, zawsze znajdzie się jakaś górka, na którą można się wdrapać i podziwiać panoramę. W  Kyanjin Gompa również popróbowaliśmy sera, tym razem byliśmy wniebowzięci.  Dojrzały i wyrafinowany smak, można go rzuć i cały czas kubki smakowe odkrywają nową nutkę …boski! Nie było rady kupiliśmy….. 2 kg na resztę drogi J całe szczęście, że od razu ustaliliśmy że Roman niesie go w swoim plecaku😛.

Dzień 4.Wycieczka z Kyanjin Gompa do Langshisha Kharka

Rano pogoda była obiecująca i postanowiliśmy wybrać się na długą wycieczkę do doliny. Siedmiogodzinna wędrówka okazała się strzałem w dziesiątkę. Na całej trasie nie było żadnego schroniska ani sklepiku z herbatą, więc zaopatrzeni w lunch i wodę spędziliśmy cały dzień chodząc i podziwiając wyłaniające się w końcu spośród chmur szczyty Himalajów. Spokój, cisza i piękne widoki właśnie po to idzie się w góry. W pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy do bazy.

Dzień 5.Wycieczka z Kyanjin Gompa na punk widokowy Kyanjin Ri 4773m n.p.m

Nie obyłoby się bez wejścia na jeden z punktów widokowych gwarantujących panoramiczny widok Himalajów. Opcji było kilka my zdecydowaliśmy się na Kyanjin Ri, dwu godzinne wejście dość stromo pod górę na szczyt wycisnęło z nas siódme poty, idziemy sapiemy, a tu chmur zbiera się coraz więcej. Jak to w górach nigdy nie ma gwarancji na dobrą widoczność. Zniechęcony Roman zawrócił w 2/3 drogi, ja po chwili wahania dreptałam dalej. Klary nie było ale i tak widok był warty zachodu, w końcu chodzenie też jest przyjemne samo w sobie.

Tego samego dnia zeszliśmy na wysokość wioski Lantang chcieliśmy zatrzymać się w jakimś małym schronisku na uboczu i znaleźliśmy uroczą kwaterę z  najlepszym jedzeniem na szlaku. Roman dokładał wysuszoną kupę do ognia i było bardzo przytulnie.

Dzień 6. Z Lantang 3430m n.p.m do Bamboo 1930m n.p.m

Jak na ironię dzień w którym schodziliśmy w dół był najpogodniejszy, niebieskie niebo i super widoczność. Nic straconego w końcu idziemy dalej na kolejny szlak, więc jeśli pogoda się utrzyma to będzie co podziwiać. Ostatni nocleg spędzamy w schronisku Bamboo, który z bambusa wcale nie jest natomiast korzystamy pierwszy raz od tygodnia z gorącego prysznica. Z małego murowanego pokoju kąpielowego po 15 minutach paruje jak z tureckiej łaźni.  Kilka słów o warunkach i zakwaterowaniu na szlaku. Najczęściej pokój to po prostu dwa ‘łóżka’, a może właściwiej kilka desek zbitych w ramę i cienki materac. Schroniska są w większości zbudowane z drewna co wiąże się z licznymi szparami i przerwami,  jednym słowem naturalna klimatyzacja🙂. Niekiedy są też budynki murowane, jednak wyposażenie jest również standardowe.  Centralnym pomieszczeniem w schronisku jest jadalnia z ławami i z kozą na środku. Wieczorem jest to najcieplejsze miejsce, więc rząd krzesełek stoi dookoła i goście się grzeją. W piecu pali się wysuszonymi odchodami jaków i koni i czasem drewnem. W sezonie kiedy pokoje są zajęte w jadalni spiął tragarze i przewodnicy turystów. Najmilszy klimat jest oczywiście w kuchni szczególnie kiedy zostaje się w małym schronisku.  Prysznic jest nagrzewany przez baterie słoneczne, więc jak jest pogoda to jest ciepła woda, a jak nie to woda nie jest lodowata! Ogólnie nie ma na co narzekać wszystko czego potrzeba jest dostępne.

Reszta fotek znajduj się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Nepal and tagged , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s