Zielona Pokhara i znalezione ‘secret place’…

Pokhara  to drugie po Katmandu najczęściej odwiedzane przez turystów miasto w Nepalu. Położone nad jeziorem Phewa u podnóża masywu Annapurny, ma bardzo specyficzny mikroklimat i nawet w zimowych miesiącach temperatura utrzymuje się na bardzo przyjemnym poziomie około 20’C. Miasto dzieli się na dwie części: nową Pokhare ulokowaną nad jeziorem z całą masą hotelików, guest housów, restauracji i sklepików i starą Pokhare gdzie toczy się normalne, nieturystyczne życie jej mieszkańców.

My jadąc ze stolicy chcieliśmy zatrzymać się na kilka dni, przed wyruszeniem na szlak wokół Annapurny. Byli tam też nasi znajomi, para z Brazylii, z którymi chcieliśmy się spotkać. Sama Pokhara mimo, iż całkiem przyjemna to po kilku dniach może się znudzić. Jest dość dużo turystów przemieszczających się wzdłuż jednej ulicy, a sama atmosfera z prawdziwym Nepalem niewiele ma wspólnego. Oczywiście można pojeździć na rowerach, popływać łódką po jeziorze czy też po prostu poleżeć na jego brzegu z książką, ale my jakoś wówczas potrzebowaliśmy czegoś innego. Jedno czego byliśmy pewni to, że chcemy zobaczyć Himalaje z lotu ptaka i że na pewno chcemy polecieć na paralotni co stało się tak zwanym ‘must do’ przyjeżdżając tam.

Obserwując szybujące wysoko na niebie czasze paralotni wiedzieliśmy, że będzie to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Wcześniej w Laosie lataliśmy balonem, ale to nie to zupełnie inna para kaloszy. Rozeznaliśmy sytuację jeśli chodzi o latanie, gdyż touroperatorów specjalizujących się w tej dziedzinie jest cała masa. Ceny bardzo europejskie, bo i wszyscy instruktorzy przyjezdni. Wybraliśmy jedną z agencji, którą polecili nam znajomi i wykupiliśmy dwa poranne loty tandemowe, gdyż rano widoczność przeważnie najlepsza i Himalaje pięknie się prezentują.

W dniu lotu, po obudzeniu, Gocha miała małe zawahanie twierdząc, że nie jest pewna, że chyba się boji i że chyba nie chce lecieć, lecz gdy zobaczyła, że ja się ubieram i nie rezygnuję sama też po chwili namysłu zaczęła się szykować. Loty odbywają się w tandemach z instruktorem, mi trafił się Pasza z Rosji, a Gocha leciała z naszym rodakiem Staszkiem. Startuje się z znajdującej się koło miasta góry Sarangkot , po założeniu ekwipunku trzeba tylko na hasło biegniemy, biec jakieś 10m do skraju przepaści i w żadnym przypadku nie zatrzymać się na jej krawędzi. Gocha startowała jako pierwsza wszytko poszło gładko i już minutę po starcie szybowała wysoko w powietrzu. Dziesięć minut później my też wystartowaliśmy i uczucie było niesamowite. Najpierw biegniesz w przepaść, a po chwili już lecisz i czujesz się bardzo lekko. Siedzi się bardzo wygodnie, nic nie zakłóca spokoju, słyszysz tylko wiatr, żadnego silnika, przed tobą Himalaje, a w dole miasto i jezioro. Pod koniec jeszcze małe sztuczki akrobatyczne i po 30 minutach z powrotem dotykasz ziemi. Jeżeli ktoś będzie miał okazję spróbować to naprawdę polecamy!

Po locie ze znajomymi wynajęliśmy łódkę i wypłynęliśmy na jezioro, pogoda była piękna więc wiosłowaliśmy powolnie nie obierając żadnego konkretnego kierunku. Gdy dopłynęliśmy na środek jeziora stwierdziliśmy, że może popłyniemy na drugą stronę, gdzie na porośniętych dżunglą wzgórzach widać było pojedyncze domki i górującą nad nimi stupę. Po dobiciu na drugi brzeg stwierdziliśmy, że się przejdziemy i może znajdziemy jakieś miejsce gdzie możne się czegoś napić. Wspinając się na wzgórze, minęliśmy kilka domków i idąc dalej przed jednym zobaczyliśmy właściciela. Pytając go czy jest tu gdzieś w okolicy jakieś miejsce gdzie moglibyśmy się czegoś napić usłyszeliśmy w odpowiedzi, że właśnie je znaleźliśmy. Shiva, bo tak właśnie nazywa się właściciel mieszka tam od 12 lat, ma dwa małe dwustuletnie domki i piękny ogródek. W jednym domku mieszka, a drugim ma dwa pokoje, które wynajmuje.

Nie jest to guest house gdyż nie ma ani nazwy, ani tablicy z napisem witamy, ani też nigdzie się nie ogłasza. Po prostu jeżeli tam trafisz to jesteś szczęśliwym znalazcą wspaniałego miejsca. My pijąc herbatę w ogrodzie z widokiem na jezioro i Himalaje w kompletnym spokoju, gdyż nie ma tam warkotu silników, jedyna droga aby się dostać prowadzi przez jezioro, wiedzieliśmy, że chcemy tam zostać.

Trzeba było jednak oddać wynajętą łódkę i wziąć kilka rzeczy więc zapytaliśmy tylko o wynajem pokoi i w odpowiedzi usłyszeliśmy, że będzie bardzo miło mu nas gościć i że oferuje on cały pakiet: zakwaterowanie, wyżywienie, napoje i zielone używki, nie tylko same pokoje co jest zrozumiałe, gdyż nie ma tam żadnej restauracji czy knajpki. Następnego dnia o umówionej godzinie stanęliśmy na nabrzeżu czekając na łódkę, która miała nas zabrać na nasz zielony ląd. Dni spędzone u Shivy były totalnym relaxem, piękna pogoda, spacery po okolicy, posiłki w ogrodzie, dyskusje, granie w karty i dużo śmiechu.

Czego chcieć więcej… lecz my wiedzieliśmy, że chcemy wyruszyć na szlak i ze musimy to zrobić jak najszybciej, gdyż w grudniu pogoda może się bardzo szybko zmienić. Trzeba się było pożegnać z naszym secret place, lecz obiecaliśmy, że po powrocie z gór na pewno tam wrócimy i po dwóch tygodniach znów staliśmy na nabrzeżu czekając na łódkę, tym razem ze znajomymi z Francji z którymi byliśmy w Tybecie. Spędziliśmy kolejny wspaniały tydzień w naszym secret place tylko tym razem grę w karty zamieniliśmy na turnieje szachowe.

Reszta fotek i film z lotu paralotnią znajdują się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Nepal and tagged , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Zielona Pokhara i znalezione ‘secret place’…

  1. Książka, która dała więcej radości niż cała biblioteka…
    Są takie chwile, kiedy czujesz, że pewne sprawy nie dzieją się bez przyczyny. Po ponad dwóch miesiącach podróży, gonitwy naszej przez świat i braku czasu na czytanie książek na tablecie, nagle w miejscu oddalonym o tysiące kilometrów patrząc na dziesiątki pozycji w biblioteczce zastanawiam się czy może ktoś zostawił coś dla mnie. Coś w wersji papierowej, gdzie można poprzerzucać kartki i ich dotknąć. Sięgam po jedną, która przykuła moją uwagę i….
    Kochani, chciałam Wam bardzo serdecznie podziękować za książkę “Żółte cytrynki”, którą pozostawiliście w Sims w Chengdu, w Chinach🙂
    Przeczyłałam ją niemal jednym tchem a ponieważ to był czas zbliżających się świąt i pogoda nie rozpieszczała, zwolniliśmy trochę obroty i w dwa dni zamknęłam książkę przekładając jej ostatnią stronę.
    Szkoda, że minęliśmy się w podróży bo jak widać kilkakrotnie mieliśmy szansę się spotkać🙂
    My juz bliżej niż dalej końca naszego “dookoła świata” i w lutym nasza zaczarowana karawana dojedzie do końca podróży.
    Jeszcze raz dzięki, ściskamy i życzymy powodzenia na szlaku…
    Dominika, Radek, Arletta i Aisza
    15na15.blogspot.com

  2. Ah, zapomniałam dodać:
    Piękne zdjęcia robicie!
    D.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s