Wokół Annapurny – cz.2

Pierwsza część opisu szlaku znajduje się tutaj.

Dzień 8. Manang 3540m n.p.m

Manang jest największą wioską na trasie i ważnym miejscem z punktu widzenia aklimatyzacji. Zalecane jest spędzenie przynajmniej dwóch nocy na tej wysokości, żeby zmniejszyć ryzyko związane z chorobą wysokościową. My dwie noce spędziliśmy w Braghe położonej zaledwie 20 minut drogi od Manang, jednak z czystej przyjemności zostaliśmy tam na kolejny dzień aby zwiedzić okolice i zrelaksować się przed podejściem na przełęcz. Manang ma dwie części, turystyczną ze schroniskami, restauracjami, bogato wyposażonymi sklepikami, piekarniami z pyszną szarlotką, a nawet kinem i starą część z 500 tradycyjnymi domami gdzie można zaobserwować codzienne życie lokalnych mieszkańców. Wioska jest bardzo przyjemna szczególnie po sezonie, kiedy nie ma turystów i można się zagubić w wąskich uliczkach i poczuć się jak w innym świecie.

Z okazji mikołaja wybraliśmy się na seans do lokalnego kina, w małej sali projekcyjnej, w której znajduje się 10 ławek wyłożonych skórami jaka właściciel w cenie biletu serwuje popcorn i herbatę. Filmy w tematyce górskiej stanowią doskonałą rozrywkę po całym dniu na szlaku.  Żeby się nie zasiedzieć wybraliśmy się na punk widokowy, z którego rozpościera się panorama na wioskę i turkusowe jeziorko położone u podnóża lodowca.

Dzień 9. Letdar 4230m n.p.m

Opuszczając Manang zaczyna się 2000 metrów wspinaczki w kierunku przełęczy. Jest coraz wyżej i zimniej, ciężej się oddycha szybciej się człowiek męczy i bacznie trzeba obserwować czy organizm radzi sobie z dużą wysokością. Szlak od rana wspinał się do góry i szybko opuściliśmy dolinę Marsyangdi ostatni rzut oka na Manang i weszliśmy w inny krajobraz: karłowate drzewka i krzaki oraz wysokogórskie trawy. Minęliśmy ostatnią zamieszkałą wioskę na trasie do przełęczy ponad tym miejscem znajdują się tylko schroniska dla turystów.

Dzień 10. High Camp 4850m n.p.m  

Szlak dalej wspinał się wzdłuż wschodniej strony Jarsang Khola, wysokość zdobywaliśmy równomiernie więc szło się całkiem przyjemnie. Byliśmy zaskoczeni pustkami na szlaku, nasłuchaliśmy się jak to codziennie mija się tłum innych turystów i trzeba wcześnie wychodzić żeby zarezerwować pokój w schronisku. Okres w którym wyruszyliśmy okazał się po prostu idealny cudna pogoda i góry mieliśmy prawie tylko dla siebie. Co jakiś czas zauważaliśmy w wysokiej trawie kozice górskie i byli to główni nasi kompani podczas drogi.

Wychodząc na przełęcz wiele osób zatrzymuje się w Thorung Phedi i stamtąd atakuje wyrusza następnego dnia, my postanawiamy iść wyżej do ostatniego schroniska przed podejściem.  Godzinna wspinaczka do High Campu odbyła się w bardzo wolnym tempie dosłownie szliśmy nóżka za nóżką powolutku i równomiernie, żeby tylko nie dostać zadyszki. Noc na wysokości 4850m n.p.m minęła bezsennie i nie wiemy czy to z powodu tak wysokiego położenia, czy ekscytacji przed czekającym nas następnym dniem.

Dzień 11. Ranipauwa 3800m n.p.m

Na ten dzień czekaliśmy długo przejście przełęczy Thorung La położonej na wysokości 5416m n.p.m wzbudzało w nas dużo emocji. Przede wszystkim nie wiedzieliśmy jak zareagujemy na taką wysokość i czy będzie się nam dobrze szło. Ile zajmie podejście i jakie będą widoki. Wszystkie pytania przelatywały przez myśli i w związku z tym napięcie było spore. Wiele osób szczególnie te które idą z Thorung Phedi  wyrusza o 4 rano pierwsze 2 godziny idąc po ciemku przy świetle latarki bądź co niektórzy komórki🙂. My postanowiliśmy wyjść o 6 rano, gdy na dworze była już szarówka.  Trasa wyglądała jak z Marsa, wąska okurzona ścieżka ciągnęła się zboczami kolejnych gór i tak jak tylko weszło się na jedną od razu pojawiała się kolejna górka z wbitym słupkiem znaczącym właściwą drogę. Nasze tempo na podejściu można by porównać ze ślimakiem. Tak byliśmy przejęci, że zwolniliśmy maksymalnie i równomiernie posuwaliśmy się do przodu. Szło nam się dobrze nie mieliśmy żadnych problemów związanych z wysokością. W porównaniu z pierwszym trekiem na wysokości ponad 4500m n.p.m podejście pod przełęcz było przyjemnym choć ekstremalnie wolnym spacerem.  Co jakiś czas podczas marszu lekko nami targał na boki porywisty wiatr, który podnosił tumany kurzu i tworzył widowiskowe trąbki powietrzne. Podmuchy wiatru były bardzo silne i przeszywające, gdyby nie kurtka i spodnie przeciwwiatrowe byłoby bardzo zimno bo temperatura wydawałaby się o kilka stopni niższa.

Nie wiem czego spodziewaliśmy się po samej przełęczy ale ja muszę przyznać, że byłam lekko rozczarowana. Jak doszliśmy do miejsca, w którym jest mnóstwo flag i pamiątkowa tablica zapytałam z niedowierzaniem czy to już tu?

Widoków prawie żadnych, poza tym zimno jak cholera i nie ma gdzie się schować poza mini budką, w której można napić się herbaty oczywiście za cenę wprost proporcjonalną do wysokości.  Po spożyciu gorącego napoju i zrobieniu pamiątkowych zdjęć zaczęliśmy schodzić w dół. Ponoć zejście miało być o wiele trudniejsze od podejścia, gdyż pierwsze miejsce na nocleg znajduje się 1600 metrów niżej niż przełęcz.

Szlak w dół w pewnych miejscach opadał dosyć gwałtownie więc czuło się obciążenie w kolanach. Przestało wiać i zrobiło się od razu cieplej. Trasa okazała się łatwiejsza niż myśleliśmy, wszyscy zawsze tak strasznie opisują jak to ciężko i niebezpiecznie. Miło nas zaskoczył ten dzień, bo tyle było niewiadomych i obaw a poszło nam sprawnie i przed 12 byliśmy w Muktinath, gdzie zatrzymaliśmy się w rastamańskim hotelu Bob Marley🙂 do końca dnia było LB czyli ‘leżenie brzuchem’ do góry i drobne przyjemności jak na przykład szarlotka z lodami.

Dzień 12. Kagbeni 2840m n.p.m

Mieliśmy parę pomysłów na ten dzień, początkowo chcieliśmy pochodzić po okolicznych wioskach, jednak zniechęciła nas pogoda strasznie wiało i było dość zimno. Postanowiliśmy iść dalej i tak powolutku spacerkiem kierowaliśmy się do Jamson. Po drodze polecamy dwa miejsca godne uwagi. Pierwsze to wioska Jharkot, która wygląda jak forteca. Piękne, wiekowe domki z tradycyjnymi zdobieniami na oknach, ruiny fortu i plątanina drobnych uliczek, gdzie zawsze można coś ciekawego zaobserwować.

Ta część  trasy oferuje transhimalajski krajobraz i można przez chwile poczuć się jak na północnoazjatyckich stepach.

Druga ciekawa wioska to Kagebeni, początek szlaku Mustang, który chętnie byśmy przeszli jednak póki co odstrasza cena 50$ dziennie od osoby za samo pozwolenie. Kiedy zbliżaliśmy się do tej miejscowości było koło 11 i zerwał się taki wiatr ,że tabuny kurzy, krążyły wokół nas, drobny piach osadzał się wszędzie po zejściu w dół wyglądaliśmy jak pracownicy cementowni, cali pokryci szaro-białą warstwą kurzu. Nie zamierzaliśmy się tam zatrzymywać, jednak nie dało się dalej iść, a nie chcieliśmy jechać jeepem.  Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło, miejsce było urocze i mimo, że można tu znaleźć wiele hoteli i restauracji dla turystów Kagebeni zachowała tradycyjny charakter. Najbardziej rozbawiło nas gdy ujrzeliśmy knajpę ‘YakDonald’  przy hotelu Mustang gateway, kto wie może niedługo na całym szlaku będzie sieciówką.

Z poważniejszych atrakcji to warto zwiedzić tybetańską świątynię z XVIw., a dla ambitnych punk widokowy, do którego prowadzi zygzak na zboczu góry.

Dzień 13. Ghasa 2000m n.p.m

Po luksusowym noclegu w hotelu z łazienką i ciepłą wodą(!!!) ruszyliśmy do Jamson. W tym dniu pogoda zaczęła się zmieniać i przez większość dnia było pochmurno. Trasa prowadziła w większości drogą więc szło się mało przyjemnie bo cały czas trzeba było ustępować miejsca jeepom. O Jomson można powiedzieć, że jest duże i brzydkie. Nie w takich miejscach chce się nocować idąc na szlak w Himalajach. Droga spowodował, że wielu turystów kończy wędrówkę w tym miejscu ponieważ w dużej części szlak prowadzi właśnie po niej. My postanowiliśmy wziąć autobus do Ghasy i tam spędziliśmy noc w najbardziej przeciętnym schronisku, gdzie nie było żadnego innego towarzystwa.

Dzień 14. Tatopani 1190m n.p.m

Ostatni dzień wędrówki, po 3 godzinach spacerku byliśmy w Tatopani. Tam czekała na nas nagroda, kąpiel w naturalnych gorących źródłach. Zanurzeni po szyje moczyliśmy się chyba ze trzy godziny, popijając zimne piwko, klimat był bardzo wakacyjny.

Dzień 15. Pokhara

Rano o 7 stawiliśmy się na autobus i po 3 godzinach czekania na wymaganą minimalną liczbę pasażerów ruszyliśmy do Pokhary , gdzie zostawiliśmy część rzeczy i czekało na nas kilka dni u Sivy w Secret Place…

Reasumując…

Trek wokół Annapurny to jedna z najwspanialszych rzeczy jakie udało nam się zrobić i zobaczyć w czasie ostatnich 9 miesięcy. Dostaliśmy to co chcieliśmy: śnieżne szczyty Himalajów, klimatyczne lokalne schroniska i satysfakcję z przejścia przez przełęcz. Piętnaście dni pełnych emocji naładowało nas pozytywną energią.  Polecamy wyjcie na szlak po sezonie, w naszym przypadku początek grudnia okazał się idealny pod każdym względem. Przewodnik nie jest potrzebny gdyż trasa jest oznaczona poza tym wystarczy zapytać w razie wątpliwości i ludzie wskażą właściwą drogę. Tragarz nam się przydał, jednak z perspektywy czasu uważamy że z obciążeniem 8-9kg byśmy mogli spokojnie przejść tą trasę. Trasa od Besisahar do przełęczy podobała nam się zdecydowanie bardziej niż część po jej przejściu za wyjątkiem  wiosek Jharkot i Kagebeni. Jeżeli ktoś nie ma czasu warto zrobić chociaż część szlaku od Besisahar do Manang. POLECAMY!!!

Reszta fotek znajduje się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Nepal and tagged , , , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Wokół Annapurny – cz.2

  1. Matey says:

    A jak wygląda sama trudność trasy, tzn. czy dużo jest miejsc kiedy trzeba przechodzić tuż obok przepaści albo wskrabywać się na czworakach po stromym zboczu? Jakieś łańcuchy, drabinki?

    • gotyska says:

      Trasa sama w sobie nie jest trudna, wysokosc zdobywa sie stopnowo i wedlug mnie nie ma ekstremalnych kawalkow trasy. Jedynie podejscie na przelecz jet po stromszej scanie po kamykach jednak jest szeroko i nie ma mozliwosc stoczenia sie w przepasc. Uwazam ze dla przecietnie sprawnej osoby trasa nie zrobi wiekszych problemow wazne zeby pamietac aby odpowiednio sie zaaklimatyzowac i powyzej 3500mnpm nie przekraczac dziennej dozwolonej wysokosci czyli nie nie powinno sie mec wiekszego wzrostu wysokosci niz 500m. Polecamy serdecznie trasa jet powaljaco piekna.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s