W kolorze blue…

Indie to zdecydowanie najbardziej emocjonalnie obciążający kraj jaki dotychczas przyszło nam zwiedzać. Ciągła huśtawka nastrojów i doświadczeń powoduje, że cały czas jesteśmy na czujce i czujemy się bardziej zmęczeni. Jeśli chodzi o ceny i hieny czyhające na turystów to w tym temacie jesteśmy już całkiem dobrze obeznani, jednak jadąc do nowego miejsca zawsze pozostaje niewiadoma na jaką atmosferę i ludzi się natkniemy. Czy będzie miło i relaksacyjnie czy nerwowo i stresująco.  Indie są jak pudełko czekoladek nigdy nie wiesz na co się trafi. Przeżywamy zdecydowanie największy szok kulturowy i wielu lat by nie starczyło, żeby ogarnąć i zrozumieć ten subkontynent.  Kilku naszych znajomych po paru tygodniach po prostu wymiękło i postanowili przenieść się w bardziej przyjazne klimaty do innych azjatyckich krajów. My pomimo mieszanych uczuć jedziemy dalej, bo ciekawość jest silniejsza. Teraz jest doskonały okres na zobaczenie Indii, mamy 6 miesięczną wizę, możemy więc poświęcić dużo czasu i uwagi, jesteśmy otwarci na jakże inną kulturę i ze zniecierpliwieniem czekamy co nowego się jeszcze wydarzy.

Jest jeszcze coś… Kolory, kontrasty i kultura Indii powodują,  że jest to raj fotograficzny. Zmęczone i zniszczone twarze starców, barwne szaty kobiet, krowy w wąskie uliczkach, tłoczne bazary, zwykłe życie toczące się dzień w dzień wciąga bardziej niż doskonałość światowych zabytków.

Jak na Radżasthan przystało miasta mają tu swoje kolory, po Dżajpurze w ‘różowych okularach’  przyszła kolej na Dżodhpur i Bundi oba w kolorze nieba.

Pierwsze miasto słynie z największego w Indiach fortu Mehrangarh. Majestatyczne mury wyglądają jakby wyrastały ze skały  i cała konstrukcja dumnie góruje nad miastem. Krótki spacer pod główną bramę wart jest zachodu, po forcie można się swobodnie poszwędać i w paru miejscach podziwiać panoramę miasta –morze małych kwadratowych niebieskich  kosteczek.

W czasie pobytu w Dżodhpurze w forcie odbywał się festiwal muzyki sufi, zespoły z całego świata prezentowały swój repertuar w pięknej scenerii historycznych murów. Część występów była nieodpłatna, a na wieczorne pokazy  potrzeby był bilet. Cena 50$ od osoby za dzienną wejściówkę skutecznie nas odstraszyła, jednak jak to mówią polak potrafi i udało nam się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie i spędziliśmy 4 godziny w pałacowych ogrodach przysłuchując się młodym artystom z różnych zakątków globu.

Jak to zrobiliśmy? Po prostu znaleźliśmy ‘tylną furtkę’ po wejściu na teren nikt już o nic nie pytał. Wieczór był wykwintny, piękna sceneria pod osłoną nocy w tle oświetlony fort, kieliszek wina, wyborna kolacja i goście co niektórzy pod krawatem!  Podczas jedzenia obok przy stoliku siedział Maharadża z rodziną, gdybyśmy tylko wówczas o tym wiedzieli, a nie po godzinie jak już odeszliśmy od stołu. Zorientowaliśmy się, gdy wręczał nagrodę jednemu z wykonawców, niczym się jednak nie wyróżniał i wyglądał jak normalny przeciętny Indus, nie miał nic wspólnego z kolorowym turbanem i naszyjnikiem z kamieni tak jak zawsze przedstawiany jest na fotografiach… Pomimo  straconej okazji do konwersacji wieczór był niezapomniany i miło było się troszkę rozpieścić…

Bundi w kategorii uroku osobistego i miłego prowincjonalnego klimatu bije Dżodhpur na głowę. Mniejsze, mniej popularne i równie niebieskie miasteczko zauroczyło nas od pierwszego wejrzenia.

Właśnie tam gubiliśmy się w wąskich uliczkach i podglądaliśmy codzienne życie. Najbardziej pamiętliwa herbaciarnia i najlepszy czaj chyba w całych Indiach, na samo wspomnienie przechodzi dreszcz, takiego kopa z przypraw nigdy nie piliśmy, ogień i słodycz w każdym łyku!

Z serii najbardziej pomysłowe zawody świata widzieliśmy kolejny doskonały pomysł na biznes -mianowicie wypożyczalnia kijów do odganiania małp, których w Budni jest cała masa. To się nazywa szybka reakcja na potrzeby turystów odwiedzających pałac i fort. Mimo że zwiedzających jak na lekarstwo każdy dzierżył kij w dłoni tylko gdzieś wszystkie małpy się pochowały🙂

To właśnie w tym miasteczku dzięki życzliwości mieszkańców doświadczyliśmy póki co najciekawszej hinduskiej tradycji  – zaślubin. Wystarczyło że stanęliśmy w drzwiach haveli i grupa śpiewających kobiet zaprosiła nas do środka. Jak już opisywaliśmy we wpisie poświęconym właśnie temu wydarzeniu wszystko potoczyło się błyskawicznie i następnego dnia bawiliśmy się na weselu z rodziną panny młodej. Dla mnie miłe były zakupy w towarzystwie kobiet i przygotowania do imprezy. Wspomnę przy okazji że sari można nabyć już za 300 rupii czyli 18zł więc nie trzeba się specjalnie wykosztować na taką okazję. Błyszczące dodatki takie jak bransoletki i sztuczna biżuteria można dostać za grosze więc małym kosztem można się odstrzelić,  a jak ma się do tego białą twarz to już sukces i status gwiazdy gwarantowany.  Komplementów nie było końca, jednak jak to mój tato powiedział do zjawiskowości panny młodej to mi dużo brakowało🙂 Cóż każdemu podoba się coś co jest inne i nietypowe. Tak jak my nie mogliśmy oderwać oczu od wystrojonych hindusek tak dla gości na weselu my wyglądaliśmy wyjątkowo pięknie.

W związku z tak dużym zainteresowaniem na weselu dostaliśmy kilka innych zaproszeń na kolejne zabawy oraz dwa zaproszenia do domu. Ponieważ było nam po drodze już następnego dnia pojechaliśmy do domu hinduskiej rodziny, gdzie ugościła nas Santos przemiła ‘big mama’ z wielkim sercem na dłoni. Oddalone o godzinę drogi Kota nie wyróżniało się niczym szczególnym jednak pojechaliśmy tam głównie ze względu na zaproszenie. Gospodarze odebrali nas z dworca, zawieźli do domu, ugościli, nakarmili, oprowadzili po okolicy, wyściskali i wycałowali. Całe popołudnie spędziliśmy w towarzystwie sześciu przesympatycznych kobiet, oglądaliśmy filmy z nagranych imprez, słuchaliśmy muzyki, przeglądaliśmy ślubne fotografie. Santos była taka szczęśliwa, że do niej przyjechaliśmy, że miała łzy w oczach przez większość popołudnia. Fascynacja nami  a właściwie w głównej mierze moją osobą (bo kobietom nie wypada zachwycać się mężczyznami) była tak ogromna, że wprawiła mnie w osłupienie i nie wiedziałam za bardzo jak się zachować.  Nie chodziło przecież o moją niepowtarzalną osobowość, bo nikt mnie nie zna i specjalnie o nic nie pyta, wyjątkowe osiągnięcia, bo w tym temacie też nie mam się czym pochwalić jak również anielską urodę pozostaje chyba tylko ta biała twarz i może fakt, że ubraliśmy się na wesele jak lokalni i okazaliśmy szacunek dla ich tradycji. Wiem jedno mam swój własny hinduski fun club i wiem, że sprawiłam paru kobietom niesamowitą przyjemność odwiedzając ich dom one nie mogły mi uwierzyć, że dla nas było to również specjalne przeżycie, w końcu co nam ludziom z zachodu może się podobać w ich normalnym, spokojnym życiu…

W Kota przeżyliśmy również pierwszą w podróży chwilę grozy. Idąc wieczorem w ciemnej uliczce prowadzącej do świątyni jadący facet na motorze próbował wyrwać Romkowi torbę z aparatem i dyskiem ze wszystkimi zdjęciami z ostatnich jedenastu miesięcy w środku. Szłam z tyłu i widząc jego wyciągniętą łapę, jak podjeżdżał bliżej krzyknęłam wniebogłosy i Roman zacisną pięść na rączce. Na kilka sekund kiedy nie wiedziałam czy zdołał wyrwać torbę serce mi stanęło i musiało minąć trochę zanim doszłam do siebie. Wizja straty jedynej rzeczy – dysku- która jest dla nas bezcenna rozbiła mnie totalnie. Gospodarzom było przykro i zrobiło się gorzko na chwilę, oczywiście to nie ich wina to mogło zdarzyć się wszędzie. Wieczorem wsiedliśmy do nocnego autobusy i z Dikszą i jej mamą pojechaliśmy do Udaipuru gdzie również zostaliśmy zaproszeni.

Reszta fotek w galerii Dżodhpur i Bundi

Zapraszamy!

This entry was posted in Indie and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s