Spokój pustyni…

Jaisalmer, inaczej zwany złotym miastem był naszym ostatnim przystankiem w Radżasthanie. Dobrze  się stało, że plany ułożyły się w ten sposób, gdyż okazał się on swoistą wisienką na torcie. Od samego przyjazdu dało się poczuć niepowtarzalny klimat tego miejsca. Usytuowany w zasadzie na pustyni tworzy z nią spójną całość.  Wiele budynków zbudowanych jest z piaskowca tak misternie rzeźbionego, że wydawać by się mogło, iż są to koronki wydziergane na szydełku, a nie fasady rzeźbione w kamieniu przez lokalnych rzemieślników. Zarówno te wiekowe jak i całkiem współczesne sprawiają niesamowite wrażenie i radość dla oka.

Po środku miasta znajduje się fort oczywiście z piaskowca, a na jego terenie przepiękne haveli, świątynie, hoteliki, restauracje i sklepiki.  Jest to jeden z niewielu fortów na terenie którego, można bez problemu poszwędać się w wąziutkich uliczkach, zajrzeć przez uchylone drzwi czy okna do środka domów i zostać na noc w jednym z licznych haweli przekształconych na pokoje gościnne. Ten fort wciąż żyje i nie jest tylko martwą atrakcją turystyczną.

Chodząc po starej części miasta także nie mogliśmy wyjść z podziwu dla umiejętności lokalnych artystów i tego co potrafią stworzyć z kamienia. Mimo napływu turystów, których akurat w czasie gdy tam byliśmy nie było tak wielu, miasto zachowało swą autentyczność i bardzo miłą atmosferę. Na każdym rogu można poobserwować codzienne życie jego mieszkańców, na targu, który przeważnie jest jednym miejsc, które zawsze chętnie odwiedzamy, można siedząc w cieniu i popijając czaj godzinami patrzeć na przyjeżdżające na zakupy bardzo kolorowe kobiety z okolicznych wiosek, które charakteryzują się okrągłymi kolczykami w nosach, przypominającymi duże złote guziki.

Jak wspominałem nieodłącznym elementem krajobrazu w okolicach Jasalmeru jest pustynia i jest ona jedną z atrakcji oferowanych przyjezdnym. Wiele osób ostrzegało nas przed natrętnymi naganiaczami, którzy rzekomo na terenie całego miasta nagabują cię na zorganizowanie właśnie za ich pośrednictwem wypadu na wielbłądowe safari.  My spędziliśmy w Jasalmerze kilka dni i w zasadzie chyba tylko dwa razy ktoś wspomniał o safari, ale nie natrętnie i gdy podziękowaliśmy nie robił z tego problemu. Chcieliśmy się wybrać na pustynię, ale nie w dużej głośnej grupie tylko sami z jakimś lokalnym przewodnikiem i wielbłądami.  Poszperaliśmy w necie i na forach i natrafiliśmy na jedną agencję, która miała  bardzo pozytywne opinie i organizowała safari w mało popularnym miejscu z pięknymi wydmami. Udaliśmy się do biura i na następny dzień wykupiliśmy dwudniowe mini safari tak jak chcieliśmy  tylko przewodnik, my i wielbłądy.

Jeszcze o zmroku ruszyliśmy jeepem na pustynię, aby tam przy wschodzącym słońcu zjeść śniadanie, a po nim dosiąść nasze czworonogi. Gdy zobaczyliśmy człapiące garbusy od razu skojarzyły nam się ze  smokami z kreskówek. Wielkie oczy, długie rzęsy i szyje i te śmieszne miny jakie robiły, rozbroiły nas już na samym początku.

Po załadowaniu tobołków, jedzenia, garnków, zapasu wody i innych pakunków, Bariwa nasz przewodnik poprowadził naszą mini karawanę w pustynny bezkres. Po kilku godzinach siedzenia okrakiem uda i tyłki boleśnie zaczęły protestować, więc zatrzymaliśmy się na lunch przygotowany na ognisku i mały odpoczynek przed ruszeniem dalej.

Popołudniu zrobiliśmy postój przy kilku chatach nomadów, gdzie  dzieciaki bardzo chętnie nauczyły się od nas nowej gry ‘w łapki’ było dużo śmiechu i zabawy, ale musieliśmy ruszyć dalej by nazbierać jeszcze trochę suchych gałęzi na wieczorne ognisko i zdążyć na zachód słońca na wydmach.

Wielbłądy już zaczęły się słuchać i można było nawet trochę pokłusować. Wydmy okazały się wspaniałym miejscem z pofalowanym drobniuteńkim piaskiem tworzącym piękne wzory. Mała sesja zdjęciowa, a następnie niesamowity zachód słońca –  ognista kula powoli znikała za horyzontem.

Przy ognisku po zachodzie były rozmowy na temat niełatwego życia na pustyni i wszystkiego co się z nim wiąże. Noc spędziliśmy pod gwiazdami, od których niebo mieniło się jak jedwab opruszony brokatem, a droga mleczna wydawała się być na wyciagnięcie ręki. Wczesna pobudka, by zobaczyć wschód słońca i dalej drogę. Przez kolejne kilka godzin przemierzaliśmy suche tereny pustyni Thar, a gdy słońce zaczęło palić zatrzymaliśmy się na odpoczynek i lunch.

Następnie trzeba było napoić spragnione garbusy, które pijąc wyglądały jak żyrafy. Pustynia okazała się świetną odskocznią od gwarnych Indii i pierwszym miejscem, w którym znaleźliśmy spokój. Przez dwa dni nie widzieliśmy żywej duszy i to było wspaniałe i bardzo naładowało nam akumulatory. Wszystkim którzy będą w okolicy gorąco polecamy!

Reszta zdjęć z Jaisalmeru i z pustyni.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indie and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

3 Responses to Spokój pustyni…

  1. CK says:

    You like so amazing.. i mean the way u weave the pictures and images and words.. its awesome.. for the first time i m regretting for not haveing being to Jaiselmer yet.. n now that summer has set in.. i doubt i can be there for another 6 months or so.. but i need to do it this year anyhow..!!!

    How are you folks ?

  2. hofino says:

    Przepiękne zdjęcia

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s