Zachłysnąć się Gudźaratem…

Zakończyła się nasza trzytygodniowa przygoda z Radżasthanem i po powrocie z Pustyni Thar, ruszyliśmy na południowy-zachód do Gudźaratu. O Tym stanie myśleliśmy od samego wjazdu do Indii jako o regionie zdecydowanie mniej turystycznym, który na pewno chcieliśmy zobaczyć, a w szczególności jedną jego część – Kutch.

Obecnie Gudźarat jest dość mocno promowany, w indyjskiej telewizji często można zobaczyć spoty reklamowe pokazujące piękno regionu, zachęcające do odwiedzin głównie rodzimych turystów. Nas również kilka tych obrazków, zobaczonych gdzieś przypadkiem utwierdziło w przekonaniu, że będzie to kolejny etap naszej indyjskiej włóczęgi.

Ruszyliśmy prosto do Kutch gdzie chcieliśmy zobaczyć malownicze wioski mniejszości etnicznych i pustynię solną. Jako miasto wypadowe wybraliśmy Bhuj i z niego chcieliśmy pojeździć po okolicy najchętniej na skuterze, aby mieć niezależność od słabo rozwiniętego transportu publicznego. Skuter znaleźliśmy bez problemu, lecz kłopoty zaczęły się gdy poprosiliśmy o kaski. Okazało się iż takowych nie posiadają. Faktem jest, że lokalni jeżdżą z gołymi głowami, jednak my chcieliśmy zrobić około 300km i byłoby zwykłą głupotą jeżdżenie bez kasku, a poza tym słyszeliśmy , że lokalna policja jest pobłażliwa dla lokalesów, ale turystów kara surowo. Na nic się zdały tłumaczenia, że bez kasku skuterów nie pożyczymy i że możemy dopłacić aby je dostać, oni ich najzwyczajniej nie mieli. Piękny plan spalił więc na panewce, na jeżdżenie rowerami były za duże dystanse i za gorąco. Trzeba więc było znaleźć jakąś alternatywę. W hotelu poznaliśmy kilaka osób i wspólnie postanowiliśmy wynająć samochód i tak zwiedzić okolicę.

Nakreśliliśmy trasę prowadzącą przez kilka wiosek, aż na pustynię. Wioski są zamieszkiwane przez różne mniejszości etniczne i właśnie  ludzie i ich życie codzienne najbardziej nas interesowało. Pierwsza odwiedzona osada – Ludia nieco nas rozczarowała. Przyznam, że mieliśmy dość duże oczekiwania, wiedzieliśmy, że nie będziemy pierwszymi białymi którzy ją odwiedzili, ale tego co zobaczyliśmy  jednak się nie spodziewaliśmy. Dla mnie był to swego rodzaju skansen. Ludzie Ci niestety żyją już z turystki, i gdy tylko do wioski zaglądają zagraniczni to stają się celem sprzedaży wszelkiej maści rękodzieła wyrabianego przez lokalne kobiety i sprzedawanego niemalże w każdym domu. Kobiety w kolorowych haftowanych strojach i obwieszone etniczną biżuterią były i owszem, lecz nie pochłonięte codziennymi obowiązkami tylko tak jakby czekające na turystów. Po kilku minutach obskoczyła mnie gromadka dzieciaków wołających hello, a następnie proszących o rupie, cukierki i długopisy jedno przez drugie.

Jednym słowem czar prysnął i szlag mnie trafił. Pokręciliśmy się po wiosce starając nie dać się wciągnąć do domów w celu oglądania i zakupu wyrobów po bardzo przesadzonych cenach. Faktem jest, że małe kolorowe okrągłe domeczki kryte strzechą wyglądały naprawdę uroczo, jednak cała ta komercyjna otoczka nie zachęcała do zostania tam dłużej.

Chcąc zrobić zdjęcia kobietom nie obyło się oczywiście bez proszenia w zamian o pieniądze i to całkiem wysokie sumy, więc popyt musi być, my jednak odpuściliśmy. Tylko jedna kobieta zainteresowała się kolegą mówiącym trochę w lokalnym języku i nie miała nic przeciwko fotografowaniu.

Podobne scenki powtórzy się w kilku innych miejscach i byliśmy już bardzo zrezygnowani, jednak udało nam się odnaleźć dwie wioski, w których życie ich mieszkańców nie kręciło się wokół turystyki. Jedną była Kavda, gdzie może nie było tak uroczych domków, lecz było widać codzienną krzątaninę, mężczyzn w długich koszulach kurtach z kolorowymi kwiecistymi chustami, kojarzącymi nam się z nakryciami głowy naszych góralek.

W drugiej wiosce ludzie zachowywali się bardzo swobodnie, dzieciaki były chętne do zabawy i nie prosiły o pieniądze czy czekoladę. Pograliśmy z nimi w ringo, było dużo śmiechu i radości.

W wiosce kobiety były oddane domowym zajęciom, prały, nosiły wodę ze studni w wielkich dzbanach na głowach, a nawet ulepszały klepiska na podwórkach wzmacniając je rozwodnionym krowim łajnem, które ma wiele zalet, gdyż nie nagrzewa się w dzień, a trzyma stałą temperaturę w nocy.

Na zachód słońca dojechaliśmy na pustynie solną, która wygląda jak kompletny koniec świata. W pewnym momencie jadąc przez pustkowie droga się skończyła, a przed nami rozciągał się, aż po horyzont ogrom nicości pokryty warstwą soli, której kryształki mieniły się w słońcu. Zaczęliśmy chodzić pstrykać zdjęcia i okazało się że pod warstwą soli jest woda, zaczęliśmy się zapadać i brodzić po kostki w słonym błocie.

W wioskach nie udało nam się natrafić na kobiety z plemienia Jat, które pochodzi z Iranu i pięćset lat temu przybyło na te tereny w poszukiwaniu nowych pastwisk dla swych zwierząt, gdyż jako muzułmanki, nie są one zainteresowane jakąkolwiek stycznością z obcymi. Jednak sam Bhuj okazał świetnym miejscem na obserwowanie kobiet z lokalnych wiosek przyjeżdżających na tamtejsze targowiska w celu zakupów, ale także wymiany własnych wyrobów w tym srebrnej biżuterii u lokalnych jubilerów. Chodząc po bazarach co chwilę nie mogliśmy oderwać wzroku od przechodzących obok kobiet, gdyż były tak różnie kolorowo ubrane w tradycyjne stroje i ozdobione dużą etniczną biżuterią. Czuliśmy się trochę jak na planie jakiegoś filmu.

Kuch słynie także z tekstyliów i tkactwa. Jednego dnia wynajęliśmy na kilka godzin rikszę, aby pojechać do dwóch wiosek, w których znajduje się wiele małych lokalnych warsztatów, gdzie farbuje się tkaniny, a następnie odbija na nich ręcznie przeróżne mniej lub bardzie tradycyjne wzory. Trafiliśmy także na zakłady w których lokalni rzemieślnicy tkali szale, chusty, koce  na dużych drewnianych maszynach. Było to doświadczenie dużo bardziej autentyczne, gdyż wszyscy byli mili, uśmiechnięci i bez nagabywania prezentowali swe wyroby i umiejętności.

Jako że byliśmy zaledwie 40km od wybrzeża postanowiliśmy pojechać i zobaczyć plażę w Mandvi, która jednak szczególnie nas nie zachwyciła. W tym miasteczku produkuje się duże drewniane łodzie i statki i ciekawym było zobaczyć proces ich powstawania na zamówienia Arabskich magnatów, a drewno do ich produkcji pochodzi z malezyjskich lasów deszczowych. Cała praca wykonywana jest ręcznie.

Po kilku dniach spędzonych w Bhuj mieliśmy w planach jechać na południe Gudźiaratu do Diu. Jednak był to okres tuż przed Holi – dużym hinduskim świętem i niestety wszystkie bilety były wyprzedane, jako że jest to jedyne miejsce w całym regionie gdzie można swobodnie kupić i spożywać alkohol, no bo jak tu świętować bez piwa jak na dworze ponad trzydzieści stopni?  Więc nam nie pozostało  nic innego jak tylko zmienić plany i tak padło na Ahmedabad.

Reszta fotek znajduje się tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indie and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s