Indie w wersji soft – kojąca Kerala!

Indie to pudełko czekoladek z różnymi nadzieniami, rosyjska ruletka i eksplozja wizualno-smakowo- zapachowa w jednym. W  danym dniu można się wzruszyć, uśmiać do bólu, wkurzyć na maksa i dać wyprowadzić z równowagi. Prawie 3 miesięczna jazda emocjonalna skutecznie nas wykończyła na przedostatni stan Keralę czekaliśmy jak na zbawienie. Kogokolwiek spotykaliśmy wychwalał ten region w niebogłosy, więc  podczas szesnastogodzinnej podróży z Goa do Ernakulam ciężko było wysiedzieć.

W Indiach jest jedna strefa czasowa i na południu słońce wstaje bardzo wcześnie i gdy pojawiły się pierwsze jego promienie spania już nie było i z nosami przy oknach obserwowaliśmy krajobraz nowego regionu. Pierwsze miłe doznanie palmowe gaje i zieleń wprost kłująca w oczy ciągnęły się aż po horyzont, pięknie…

Kerala jest wyjątkowa pod kilkoma względami. Po pierwsze jako ewenement światowy w tym stanie  w demokratycznych wyborach został wybrany rząd komunistyczny.

Jeden z najczystszych, najbardziej wyedukowany i najbardziej zorganizowany region subkontynentu. Kerala ma również najwyższy wskaźnik rozwoju społecznego w Indiach. Kobiety mają więcej władzy, gdyż to po nich dzieci otrzymują nazwisko, faceci natomiast chodzą w ‘spódnicach’ czyli przewiązanej w pasie chuście – lungi. Je się na dużych liściach bananowca i popija się toddy (winem z soku kokosowego).

Można tam znaleźć prawie wszystko piękne plaże, gęstą dżunglę, wzgórza porośnięte plantacjami herbaty, 1500 km niezwykle uroczych rozlewisk z czterdziestoma czterema rzekami, lagunami i jeziorami. Ludzie są sympatyczni, atmosfera jest rozluźniona. Kerala to również ogród przypraw Indii, to właśnie tutaj można zobaczyć jak rośnie kardamon, imbir, nerkowce, bananowce i kokosy.

Pierwsze odwiedzone miasto zostanie nam na długo w pamięci. Do Fort Kochi przyjeżdża się głównie żeby zobaczyć unikalne i niezwykle fotogeniczne chińskie sieci rybackie, które po dziś dzień są używane przez lokalnych rybaków w codziennych połowach.

Wyłowione zdobycze można od razu kupić i przyrządzić w lokalnych garkuchniach. Miasteczko ma lekkie zabarwienie turystyczne, w pierwszej chwili zaskoczyło nas cenami, jednak po dobrym rozeznaniu znaleźliśmy idealne lokum. Mały domek w którym były tylko 2 dwuosobowe pokoje, salon, kuchnia i ogród z palmami. Wszystko do naszej dyspozycji za bardzo korzystną cenę. Najbardziej cieszyliśmy się z kuchni i już nam ślinka ciekła na samą myśl o krewetkach we własnoręcznie przyrządzonej marynacie tak jak zawsze robiliśmy w domu. Codzienne zakupy u lokalnych rybaków a to rybka, kalmary, lub ulubione KREWETY.

Przyrządzone według własnego uznania i podane z zimnym piwkiem Okocim palone – to był HIT! Oprócz jedzenia kręciliśmy się po miasteczku i obowiązkowo codziennie chodziliśmy na zachód słońca w miejsce, w którym najlepiej prezentowały się chińskie sieci.

W Kochi można znaleźć pozostałości portugalskich domów, bardzo stare synagogi, meczety, pałac holenderski jednym słowem dla każdego coś miłego.

Zapoznaliśmy dwóch lokalnych chłopaczków i wspólnie wybraliśmy się na wycieczkę motorami po okolicy. Kolejne miłe zaskoczenie, takiego sympatycznego przyjęcia nie mieliśmy od Nepalu i pamiętnej wioski przy Parku Bardia. Wystarczyło wyjechać 20 km poza Fort Kochi i lokalne wioski poukrywane między gęsto rosnącymi palmami odkryły przed nami swe uroki.

Radosne dzieci, które bardzo żywiołowo reagowały na nasz widok, ludzie zajęci codziennymi obowiązkami niczym niezmącona sielankowa atmosfera.

Gdzieniegdzie wyłaniał się mały kościółek, to znowu kolorowe łódki i rybacy przygotowujący sprzęt na kolejny dzień połowów. Dojechaliśmy do pustej plaży, przy której ciągnęła się bujna linia palm aż po horyzont. Grupka lokalnych młodzieńców grała zaciekle w krykieta na plaży poza nimi nie było żywej duszy.

Piękne miejsce nawet doskwierający 45 stopniowy upał i 90% wilgotność w powietrzu nie przeszkadzały….

W powrotną stronę  zastała nas ulewa i żeby przeczekać oberwanie chmury schroniliśmy się w jednej z lokalnych pijalni słynnego toddy. Jak wcześniej wspomniałam wino ze sfermentowanego soku kokosowego jest wyrobem lokalnym i powszechnie dostępnym w tym regionie. Nieprzeciętny trunek smakował jak sok z kiszonej kapusty o lekkim posmaku kokosowym. Najczęściej zagryza się go prażonymi małżami z chilly lub suszoną rybką, taki nasz śledzik, a rybka lubi pływać nie tylko w Polsce.

Bardzo żeśmy sobie pofolgowali w Kochi i ciężko było nam wyjeżdżać, jednak chcieliśmy zobaczyć więcej i więcej i tak kolejnym odwiedzonym przez nas miejscem było Allapey i słynne rozlewiska Kerali. 900 kilometrów kanałów rozlanych pomiędzy polami ryżowymi, stawami hodowlanymi z górującymi dumnie lasami palm kokosowych, rozrzucone wioski i wszystko podziwiane z pokładu pięknego i eleganckiego domu-  łodzi – taki był plan. W Indiach nie fundowaliśmy sobie żadnej droższej atrakcji turystycznej, więc jadąc na rozlewiska zamierzaliśmy się troszkę rozpieścić i spędzić noc lub dwie na takiej oto pocztówkowej łodzi.

Rozeznaliśmy ceny i opcje i ogólnie doszliśmy do wniosku że jakoś parcia na delux nie mamy i rejsik mniejszą łódeczką nam w zupełności wystarczy. Nawet tym razem nie musieliśmy chodzić i szukać i targować bo w naszym hostelu poznaliśmy sympatyczną Francuzkę, która szukała ludzi którzy mogliby się dołączyć do niej i podzielić koszty. Już raniutko mogliśmy zasiąść i podziwiać rozlewiska i piękną zieleń krajobrazu.

Mała łódka mogła wpłynąć do małych kanałów i dzięki temu mogliśmy podglądnąć codzienne życie lokalesów i to jak wszystkie codzienne obowiązki związane są z wodą: kąpiele, mysie naczyń, pranie, łowienie ryb, mycie zwierząt wszystko odbywa się na brzegu kanałów i wystawione jest na widok publiczny.

Nasz sympatyczny kierowca zabrał nas do domu swoich rodziców położonego w zielonym palmowym gaju – sceneria bajkowa. Mieliśmy okazje spróbować kiszonego zielonego mango przyrządzonego przez jego mamę i muszę przyznać że niewiele odbiega smakiem od dobrze znanego ogórka kiszonego.

Nie mogłabym pominąć i nie napisać kilku słów o wspomnianej wyżej Francuzce-Francesca. Kobieta żywioł i wulkan w wieku 65 lat, podróżująca sama, modnie, młodzieżowo ubrana i dość rozebrana jak na indyjskie klimaty, ja sama przy niej wyglądałam jak zakonnica. Na tyle otwarta i wyluzowana że w naszej noclegowni dzieliła pokój z poznanym na stacji młodszym o 40 lat młodzieńcem🙂 Historia jej życia i przygody z drogi były niewątpliwie dodatkowym bonusem całego rejsu. Tacy ludzie potrafią czasem sprawić, że wszystkie pozorne trudności stają się błahe i bezpodstawne.

Reszta fotek z Kochi i Allapey.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indie and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s