Życie na wodzie – jezioro Inle

Droga z Yangun nad jezioro Inle okazała sie nie tak straszna jak o niej czytaliśmy, a to wszystko za sprawą nowej drogi powstałej z Yangun do Mandalay, dzięki pomocy przyjaciół z Kraju Środka. Przejazd nocnym dość wygodnym autokarem zajął 11h i już o 4:30 rano wysiedliśmy w Taunggyi oddalonym o jakieś 20km od samego jeziora. Od razu poczuliśmy, że jest o kilka stopni mniej i powietrze nie jest już wiszącą zawiesiną tak jak to miało miejsce w Rangunie. W Taunggyi znajduje się tylko dworzec autobusowy, a wszyscy przyjezdni ruszają dalej do Nyaungshwe, które z wioski stało się turystycznym miasteczkiem z hotelikami, knajpkami i szerokim kanałem dochodzącym do jeziora Inle. My nie chcąc płacić za prywatną taksówkę, wzięliśmy podwózkę z lokalnymi kobietami jadącymi na targ sprzedawać jaśmin. Cały pick-up wyładowany koszami z jaśminem, którego zapach przyprawiał o zawrót głowy.

Po dotarciu do Nyaungshwe trzeba było znaleźć jakieś lokum i tu kolejne zaskoczenie. Turystów niby mało, pokoje stoją wolne, a właściciele przybytków o targowaniu czy spuszczeniu choćby dolara nawet nie chcą słyszeć. O co chodzi? Kiedy te ceny tak sie wywindowały, że za byle jaką dwójkę bez łazienki trzeba płacić 15USD? Szukaliśmy przez dobre dwie godziny jednak niestety nie udało się znaleźć nic tańszego.

Następny dzień okazał się dniem targowym, więc już z samego rana wybraliśmy się na lokalny bazar, by zobaczyć codzienne sprawunki mieszkańców okolicznych wiosek, którzy tłumnie co pięć dni zjeżdżają tu na zakupy, lub w celu spieniężenia własnych produktów i wyrobów. Targowisko okazało się bardzo kolorowe i nieturystyczne, straganów z pamiątkami widzieliśmy raptem dwa czy trzy, a reszta to wszystko co potrzebne lokalnym do życia: ryż, makaron, herbata, cukier, stosy warzyw i trochę owoców, góry kwiatów, głównie małych chryzantem, drewno thanaka do ozdabiania twarzy i chronienia jej przed słońcem, słomiane kapelusze, materiały, mięso, ryby leżące wprost na ziemi lub na gazetach no i cygara popalane przez wszystkich mężczyzn i wiele kobiet.

Na bazarze można też zjeść , złożyć wizytę fryzjerowi, wypić obowiązkową herbatkę, a jeśli zakupy okażą się zbyt ciężkie by je nieść do domu, można podjechać czekającymi na chętnych bryczkami.

Najlepszym pomysłem na zobaczenie okolicy jest wypożyczenie rowerów  i udanie się w dowolnym kierunku. Niestety całego jeziora objechać się nie da, gdyż jest dość duże 22km/11km w najszerszym miejscu, a poza tym otoczone jest grzęzawiskami i terenami podmokłymi porośniętymi sitowiem. Można jednak zrobić mniejsze wypady i tak właśnie wybraliśmy się do wioski Maing Thouk przejeżdżając po drodze przez kilka innych malowniczych osad i winnice, która okazała się nie lada atrakcją. Wina nie piliśmy już dawno i postanowiliśmy popróbować lokalnych wyrobów. W upalny dzień butelka białego zimnego Muscat Fortified okazała się bezcenna. Posiedzieliśmy dłuższą chwilę rozkoszując się smakiem i bogatym owocowym aromatem trunku, łapiąc oddech po dość stromym podjeździe do winnicy. Dalej było już lepiej bo z górki i na lunch do pedałowaliśmy do Maing Thouk. Nie chcieliśmy jednak wracać tą samą drogą więc dogadaliśmy się z lokalnym rybakiem, który za niewielką opłatą zgodził się przewieźć nas i jeszcze jedną parę poznanych Anglików + cztery rowery na drugą stronę jeziora.  Najpierw w wiosce już takiej na wodzie manewrowaliśmy kanałami między domami, by wydostać się na otwarte  wody jeziora Inle i dalej na drugi oddalony o kilka kilometrów brzeg.

Był to przedsmak zaplanowanej na następny dzień całodniowej wycieczki łódką. Z nowo poznanymi Ellą i Grantem postanowiliśmy wynająć wspólnie łódź w celu zmniejszenia kosztów. Wracając do Nyaungshwe mijaliśmy po drodze wiele ryżowisk i rozsianych między nimi wiosek i klasztorów, które postanowiliśmy odwiedzić podczas kolejnego wypadu rowerowego.

Następnego dnia rano już przed 7 zmierzaliśmy nad kanał aby wsiąść do naszej łodzi, która miała nas obwieźć po zakamarkach jeziora. Po drodze dołączył się do nas jeszcze jeden Bułgar – Daniel i tak w piątkę ruszyliśmy kanałem w stronę jeziora. Jeszcze przed zapłaceniem za wycieczkę ustaliliśmy z naszym sternikiem, że nie chcemy odwiedzać żadnych lokalnych wytworni, ani klasztoru skaczącego kota. Chcieliśmy zobaczyć codzienne życie na jeziorze, rybaków, targ, pływające ogrody.

Jezioro Inle. Pomyśleć by można o co tyle szumu?  Ten dość duży, drugi pod względem wielkości w Birmie, akwen położony w dolinie pomiędzy górami, których szczyty sięgają 1400m n.p.m. nie różniłby się specjalnie od innych jakie dane nam było w Azji zobaczyć, gdyby nie fakt, że jego brzegi, ba nie tylko brzegi, a nawet wody zamieszkuje 70.000 ludzi. Jak to sie stało, że ludzie zaczęli osiedlać się na wodzie? Legenda głosi, że gdy tysiące lat temu  migrujący ludzie Intha przybyli do doliny rzeki Irawadi, ziemie te zajęte już były jednak przez wcześniej przybyłych, więc z tego prozaicznego, mogłoby się wydawać powodu, zaczęli osiedlać się na płytkich wodach jeziora, budując domy na wysokich palach. Dziś na jeziorze są cztery główne miasteczka i dziesiątki małych wiosek z domami, sklepami, warsztatami, restauracjami, szkołami, klasztorami, świątyniami. Tworzą się też coraz to nowe ośrodki turystyczne w postaci hoteli i resortów na palach, dla nas jednak z przyczyn finansowych niedostępne.

Wypływając juz kanałem na jezioro mijaliśmy dziesiątki łodzi, płynących w przeciwnym kierunku i  wiozących głównie kosze i worki z warzywami z pływających ogrodów. Gdy dotarliśmy na jezioro wszystko było jeszcze spowite poranną mgłą i wyglądało dość mistycznie. Przedzierając spokojne wody jeziora mijaliśmy rybaków którzy wypłynęli swymi czółnami na poranne połowy. Opanowali oni dość niecodzienną technikę wiosłowania, gdyż robią to na stojąco używając jednej nogi, a balansując na drugiej, dzięki czemu ich ręce pozostają wolne i mogą odpowiednio zarzucać lub zbierać sieci.

Naszym pierwszym celem był odbywający się tego dnia poranny market, oddalony jakieś dwie godziny, w wiosce Thaung Tho. Po drodze nigdzie się nie zatrzymywaliśmy, mijając po drodze wioski i ich mieszkańców pochłoniętych porannymi czynnościami: myciem naczyń, praniem, kąpielami… Po dotarciu na targ, zacumowaliśmy wraz z dziesiątkami innych, ku naszej uciesze nieturystycznych tylko lokalnych i zeszliśmy na ląd. Bazar okazał się bardzo swojski z wieloma kobietami z mniejszości etnicznych, które schodzą z koszami na plecach, z górskich wiosek by załatwić sprawunki, jeszcze inne przyjeżdżają na większe zakupy wozami zaprzęgniętymi w woły, środek transport bardzo popularny na terenach wiejskich.

Po obejściu targu, wypiciu porannej słodkiej herbaty i zjedzeniu samosy poszliśmy jeszcze do pobliskiej świątyni na wzgórzu z dziesiątkami małych białych stup. Po powrocie na łódź obgadaliśmy z naszym lódkowym plan na dalszą część dnia. Okazało sie ze Daniel, byłby zainteresowany zobaczeniem lokalnej wytwórni tkanin więc dołączyliśmy ja do rozkładu odwiedzanych miejsc. Najpierw jednak chcieliśmy nacieszyć sie widokiem lokalnego życia i codziennej krzątaniny w wioskach na wodzie. Są one skupiskami kilkunastu lub kilkudziesięciu domów na wysokich palach z miejscem do parkowania lodzi pod każdym z nich. Domy różnej wielkości głównie drewniane lub ewentualnie bambusowe brodzą w wodach jeziora , którego niezmącona  tafla odbija je niczym zwierciadło.

Ich tarasy ulokowane nisko służą jako pomosty do cumowania, ale tez pralnie, łaźnie czy miejsce do czyszczenia ryb, a wszystkie nieczystości trafiają wprost do wody. Zobaczyliśmy kilka takich wiosek z bardzo życzliwymi mieszkańcami, którzy machali, pozdrawiali lub w ogóle nie zwracali na nas uwagi pochłonięci swoimi sprawami. Życie na wodzie tak bardzo różni sie od tego na lądzie, aby pójść do sąsiada, sklepu czy szkoły potrzebna jest łódka. Widzieliśmy wiele małych dzieci i leciwych staruszek które bardzo wprawnie wiosłując manewrowały miedzy zabudowaniami. Po wioskach nadeszła pora na wytwornie tkanin, w której kobiety na starodawnych krosnach tkały z bawełny, jedwabiu i ku naszemu zdziwieniu także z nici lotosu. To nas nawet zainteresowało, gdyż nigdy wcześniej nie widzieliśmy nici lotosu ani żmudnego procesu ich powstawania. Zadowoleni my, ze zobaczyliśmy coś nowego i ze nikt nas nie namawiał zbytnio do zakupów w przyzakładowym sklepie i Daniel ze swoich zakupów ruszyliśmy dalej.

Po lunchu niebo zrobiło się bardzo ciemne i zaczęło dość mocno wiać. Deszcz  był nieunikniony i faktycznie zaczęło padać. Ucieszyliśmy się, że przepływamy akurat kolo wytwórni cygar i że można tam się schronić by przeczekać największą ulewę.  Poczęstowani ciepłą herbatą i cygarem delektowaliśmy się smakiem zarówno jednego jak i drugiego patrząc jak wprawne dłonie młodych pracownic zwijają stosy cygar. Każda z nich przez cały dzień produkuje około 500 lokalnych cherutti a za tą jakże monotonną pracę dostaje marne niecałe 2USD.

Gdy deszcz zelżał postanowiliśmy zobaczyć jeszcze dwie wioski i słynne pływające ogrody, które zostały stworzone ciężką pracą ludzkich rąk. Grządki tworzy się na jeziorze nawożąc muł i ziemię z dna jeziora na pływające bambusowe platform. Podłoże jest bardzo żyzne a uprawia się głównie pomidory, które następnie trafiają na bazary w dużej części Birmy.

Jezioro traci swoją powierzchnię, na skutek zabierania jej pod tworzenie pływających ogrodów i poletek uprawnych. W ostatnich 70latach zmniejszyło się o 35%. Innym problemem są coraz to większe zanieczyszczenia związane z trafianiem wszystkich ścieków wraz z detergentami i innymi chemikaliami wprost do wody.

Po wizycie na jeziorze nie chciało nam się jeszcze ruszać dalej i tak jak postanowiliśmy wcześniej następnego dnia po raz drugi wzięliśmy rowery by objechać okolice. Pierwsze miejsce do jakiego trafiliśmy okazało się najbardziej niesamowitym do jakiego trafiliśmy w całym regionie a to za sprawa jego mieszkańca i opiekuna. Był to klasztor, położony pośród pół ryżowych, którym opiekował się tylko jeden leciwy mnich wraz ze swoim pomocnikiem. Można by rzec człowiek z sercem na dłoni zarażający optymizmem i energią. Ugościł nas wszystkim co miał cały czas donosząc a to banany, a to ciastka. Nie mogliśmy wyjść z podziwu dla jego wiedzy nie tylko o własnym kraju ale i o świecie. Człowiek encyklopedia. Spędziliśmy u niego kilka godzin rozmawiając o wszystkim Birmie, Polsce, Europie…  Bardzo ucieszyły go nasze odwiedziny a nas możliwość poznania go. Dowiedzieliśmy się też że moglibyśmy bez problem spać w klasztorze gdyż miejsca jest dużo a ich tylko dwóch. Niestety my już nocleg mieliśmy opłacony a także kupione bilety na następny dzień. Jednak obiecaliśmy ze jeszcze przed wyjazdem przyjedziemy się pożegnać.

Po wizycie w klasztorze trafiliśmy jeszcze do dwóch wiosek. Pierwsza choć bardzo maleńka i urokliwa nieco nas rozczarowała. Gdy tylko wjechaliśmy wąską dróżką obskoczyła nas banda dzieciaków, pięknych uśmiechniętych lecz z wyciągniętymi rączkami i przekrzykując się jedno przez drugie jedynym słowem jakie znały po angielsku a było nim “money” – “pieniądze”.

Byliśmy w szoku, gdyż te dzieciaki jak gdyby kompletnie nie wiedziały o co proszą. Wyciągały rączki, śmiały się, krzyczały “money” my nic im nie dawaliśmy, a one nadal się śmiały i podskakiwały. Ktoś ich jednak to pokazał i tego nauczył i byli to raczej grupowi turyści, którzy myślą że rozdając po dolarze uzdrowią świat i w taki właśnie sposób poprawiają sobie samopoczucie i syndrom białego kolonizatora! Niech to szlag trafi!!! W drugiej wiosce był już zdecydowanie lepiej, ludzie machali, pozdrawiali, zapraszali na herbatę. Ot lokalna sielanka….

Następnego dnia zrobiliśmy małe zakupy na targu i zawieźliśmy je ‘naszemu’ mnichowi , którego nasza wizyta niezmiernie ucieszyła. Wzięliśmy też laptopa, by pokazać mu trochę zdjęć z Tybetu, Indii, Chin i Europy. Nadszedł czas pożegnania, na drogę dostaliśmy wielką pakę pysznych orzeszkowych cukierków i choć bardzo protestowaliśmy jej przyjęciu nie było jednak możliwości odmowy. Wróciliśmy po spakowane już plecaki i udaliśmy się na autobus do Mandalay.

KLIKNIJ NA LINK ABY ZOBACZYC RESZTE FOTEK.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Birma / Myanmar and tagged , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Życie na wodzie – jezioro Inle

  1. Łukasz says:

    Genialne zdjęcia – jak zawsze! Oglądając je czułem, jakbym sam tam był. Może trzeba nadrobić Birmę zanim stanie się tam zbyt tłoczno…

    • gotyska says:

      Dzieki Lukasz za mile slowa. Birma jest zdecydowanie destynacja w Azji godna uwagi wiec jak masz okaze to jedz. Idealna dla ludzi szukajacych kontaktu z lokalesami. Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s