Z Namhsan do Hsipaw przez gory i wioski prowincji Shan…

Mandalay poza ładnie brzmiącą nazwą okazało się miastem mało ciekawym, głośnym i z dużym stężeniem spalin w powietrzu. Postanowiliśmy więc jak najszybciej je opuścić i udać się na północ prowincji Shan do Hsipaw.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na jeden dzień w Pyin U Lwin – niegdyś ulubionym górskim miasteczku Brytyjczyków, chcących uciec od letnich upałów. Znajduje się tam wciąż kilka kolonialnych budynków przypominających o zamierzchłej świetności tego miejsca. Lokalni szczycą się również tamtejszym ogrodem botanicznym, który w gruncie rzeczy bardziej przypomina zadbany park. Nam jednak najbardziej spodobały się tamtejsze taksówki, za które robią małe powozy zaprzęgnięte w konia. Jedne białe, inne bardzo kolorowe powolnie przemierzają miasto wożąc głównie lokalnych mieszkańców na targ lub do świątyni.

W Pin U Lwin znaleźliśmy też całkiem przypadkiem mały sklepik ze starociami, gdzie widać było, po bardzo grubej warstwie kurzu i pajęczyn, że wiele przedmiotów przeleżało tam ostatnie kilkadziesiąt lat. Po rozmowie z leciwym właścicielem okazało się, iż on sam przez ostatnie pięćdziesiąt lat przemierzał Birmę i skupował od ludzi lokalne wyroby i rękodzieła. Mi jako fanowi staroci wpadła w oko kolekcja dziewięciu główek, wszystkich identycznych, wykonanych ręcznie ze stopu pięciu metali, różniących się od siebie tylko wielkością. Okazało się, że są to odważniki używane jeszcze jakieś 70-80 lat temu przez lokalną ludność do ważenia głównie opium. Spodobały mi się one i ich historia na tyle, że nie mogłem już się powstrzymać od zakupu i zaczęło się targowanie ceny. Po długich negocjacjach ze sklepikarzem doszliśmy w końcu do porozumienia i w ten oto sposób staliśmy się posiadaczami jednej z najciekawszych jak dotychczas pamiątek z podroży. W sklepie było też wiele innych ciekawych przedmiotów, bardzo spodobały nam się upiorne kukiełki, jednak niestety ich rozmiary nie pasowały do naszych i tak ciężkich plecaków.

Z Pyin U Lwin do Hsipaw chcieliśmy pojechać pociągiem, gdyż słyszeliśmy od kilku osób, iż przejażdżka birmańską koleją należy do ciekawych doświadczeń, jednak po dotarciu na dworzec okazało się, iż pociąg opóźniony jest o pięć godzin. Nie chciało nam się siedzieć na dworcowej ławce tyle czasu więc stwierdziliśmy, że spróbuje złapać stopa, a w najgorszym wypadku wrócimy za pięć godzin na dworzec. Podróżowanie stopem po Birmie, nie jest chyba zbyt popularne, gdyż kierowcy patrzyli na nas dość dziwnie, niektórzy zatrzymywali się i proponowali podwiezienie na dworzec, inni tylko ze zdumieniem kręcili głowami. Jednak po godzinie czekania znalazł się pick up jadący do Hsipaw z dwoma wolnymi miejscami i całą paką wolną na nasze plecaki. Niestety ani kierowca, ani jego kolega nie władali angielskim, więc w sumie w ciszy, ale bardzo wygodnie dojechaliśmy w ciągu trzech godzin na miejsce.

Do Hsipaw nie przyjechaliśmy ze względu na samo miasteczko. Chcieliśmy stamtąd wybrać się na kilkudniowy trekking w góry. Przez dwa dni pokręciliśmy się po okolicy miasteczka i innych wioskach, odwiedziliśmy klasztor i szkołę, w której właśnie tego dnia zaczynały się zajęcia po wakacyjnej przerwie.

Klimat bardzo sielski, ludzie mili więc i trekking zapowiadał się bardzo obiecująco. Nie chcieliśmy wynajmować przewodnika, ale zdobycie lokalnej mapy okazało się prawie niemożliwe. Właścicielka hoteliku, w którym się zatrzymaliśmy okazała sie jednak bardzo pomocna. Dała nam do skopiowania odręcznie naszkicowaną przez jej syna mapę z nawami wszystkich wiosek zarówno po birmańsku jak i po angielsku. Stwierdziliśmy, że z takimi wskazówkami nie zginiemy i następnego dnia wyruszyliśmy bardzo lokalnym transportem z Hsipaw do Namhsan.

Namhsan to oddalona o 80km od Hsipaw mieścina, z której chcieliśmy w ciągu trzech dni wrócić przez góry do Hsipaw. Na miejsce dostaliśmy się jadąc na pace busika wraz z całą gromadą lokalesów i towarów wszelakiej maści. Na miejscu przenocowaliśmy by następnego dnia rano wyruszyć na szlak.

Trekking okazał się strzałem w dziesiątkę i zdecydowanie najciekawszym, najbardziej naturalnym i autentycznym doświadczeniem w Birmie. Idąc przez trzy dni po górach, pośród plantacji herbaty, z której uprawy w większości utrzymują się tubylcy, od wioski do wioski, o których świat jakby zapomniał, spotkaliśmy się z niesamowitą życzliwością i spontanicznością lokalnych mieszkańców. Ale wszystko po kolei…

Pierwszego dnia za cel postawiliśmy sobie przejście z Namhsan do E Long. Nasza mapa okazała się średnio wyskalowana już na samym początku, jednak mieliśmy nazwy wiosek przez które powinniśmy przechodzić, więc nie było problemu. Osady i ich mieszkańcy okazały się wspaniałe. Z tak ciepłym i spontanicznym przywitaniem już dawno się nie spotkaliśmy. Wielokrotnie byliśmy zapraszani na herbatę lub coś do przekąszenia przez zupełnie obcych ludzi, którzy praktycznie nie mówili po angielsku.

Po ośmiu godzinach marszu i kilku przystankach dotarliśmy do położonego na szczycie góry E Long, które nie było wioską tylko jednym domostwem i kilkoma złotymi stupami z pięknym widokiem na całą okolicę. Na całej trasie z Namhsan do Hsipaw nie ma żadnej infrastruktury turystycznej w postaci restauracji, schronisk czy choćby oznakowań szlaku, więc byliśmy skazani na łaskę lokalesów. Rodzinka z E Long okazała się bardzo życzliwa i pomocna, z noclegiem problemu nie było, zostaliśmy ulokowani w salce modlitewnej przylegającej do największej z pagód, z dużym posągiem Buddy.

Bardzo smaczna kolacja także się znalazła, więc z pełnymi brzuchami, zmęczeni po całym dniu padliśmy na matach w kaplicy. Rano tuż po śniadaniu wyruszyliśmy dalej chcąc dojść tego dnia do South Kun Haug. Droga był bardzo malownicza, a mijane wioski i ich mieszkańcy równie mili jak dnia poprzedniego.

Dzieciaki jak tylko nas spostrzegały zaraz biegały po całej wsi oznajmiając, że ktoś nadchodzi. Doświadczyliśmy wiele uśmiechu i bezinteresownej pomocy. Wspaniałe było to, że masowa turystyka tam jeszcze nie dotarła. Dzieci były bardzo naturalne, nie prosiły o pieniądze, długopisy, czy czekoladę i oby jak najdłużej tak pozostało.

Jakieś 45minut przed dotarciem do celu chmury, które od kilku godzin zbierały się nad naszymi głowami pękły i lunął deszcz. Byliśmy akurat w połowie drogi między jedną wsią, a drugą, więc nie było sensu zawracać. Jednak pół godziny w takiej ulewie, mimo że pod parasolem skończyło się kompletnym przemoczeniem. Jedynie aparat, z racji tego, że był w foliowych workach ocalał, cała reszta zawartości plecaków i to co mieliśmy na sobie nadawało się do wykręcenia. Po dotarciu do South Kun Haug znaleźliśmy znów bez problemu miejsce na nocleg w domu kobiety, która miała mały sklepik.

Popołudniowe przejście po wiosce pozwoliło na lepsze przyjrzenie się codziennemu życiu mieszkańców. Można było zauważyć kąpiele i pranie przy studni pośrodku wioski, kobietę wracającą z grzybobrania, która z dumą prezentowała swoje zbiory, staruszków oglądających świat z okien swych domków i całą masę beztroskich dzieciaków.

Ostatni dzień trekkingu okazał się nieco inny od poprzednich i zdecydowanie najcięższy. Mimo, iż w sumie większość szlaku wiodła w dół to męczyliśmy się dość mocno. Przez pierwsze pięć godzin nie mijaliśmy po drodze żadnej wioski i zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze idziemy. Upał też dość mocno dawał się we znaki, jednak chodzenie po górach w temperaturze +30 stopni i przy dużej wilgotności powietrza, różni się diametralnie od tego do którego przywykliśmy chociażby w chłodniejszym Nepalu.

Gdy dotarliśmy do Pan Naung pierwsze co weszliśmy cali pod pompę z zimną wodą aby się schłodzić. Odpoczęliśmy jakieś 30 minut, jednak wiedzieliśmy, że jeszcze kawał drogi przed nami, więc mimo zmęczenia trzeba było się zebrać i ruszyć dalej. Ostatni odcinek prowadził w większości przez pola uprawne, więc mogliśmy zobaczyć jak wygląda praca na roli w tym regionie. Zadanie nie jest łatwe, brak maszyn sprawia, że wszystkie czynności wykonuje się manualnie, lub czasami z wykorzystaniem wołów.  Po kolejnych kilku godzinach padnięci doszliśmy do głównej drogi jakieś 5km od Hsipaw. Tam zdecydowaliśmy się na złapanie podwózki, gdyż robiło się ciemno, a nogi wchodziły nam do dupy!

W drogę powrotną do Mandalay znów zdecydowaliśmy się na stopa. Tym razem nie musieliśmy długo czekać i juz po jakichś 5minutach siedzieliśmy wygodnie w kabinie tira. Trochę trzęsło, a droga dłużyła się niemiłosiernie, ze względu na wiele niezrozumiałych postoi i kontroli. Jednak po 9 godzinach dotarliśmy do na miejsce.

KLIKNIJ LINK ABY ZOBACZYC RESZTE FOTEK.

Dla chętnych zamieszczamy poniżej informacje praktyczne instrukcje z którymi bez problemu można zrobić ten szlak bez przewodnika.

Z Namhsan do Hsipaw

Transport:

  • Z Hsipaw do Namhsan najlepiej wziąć pick-upa, 6000 Katów od osoby. Stopa ciężko złapać bo nie jest to popularny kierunek, jak ma się dużo czasu to można próbować.
  • Droga do Namhsan jest w złej kondycji trzeba przeznaczyć na przejazd 80km około 5-8 godzin.

Jedzenie:

  • Nie ma problemu na szlaku z jedzeniem. W mijanych wioskach zawsze są sklepiki gdzie można kupić coś do przegryzienia. W przypadku głównych posiłków kolacje i śniadanie zawsze zje się tam gdzie przyjdzie nocować a lunch można zjeść pytając w mijanych po drodze domach, ludzie zapraszają i oferują posiłek. Na szlaku nie  ma owoców więc trzeba kupić w Namhsan.
  • Woda butelkowana jest dostępna w większych wioskach. Herbatę można dostać wszędzie w sklepikach i prywatnych domach. Po drodze cały czas są ujścia wody więc można również napełniać butelki i odkażać wodę tabletkami. Odnoście picia wody bezpośrednio ze źródła nic nie wiemy więc bez sprawdzenia nie polecamy.

Spanie:

  • Na szlaku nie ma schronisk i guesthousów. Jedyna turystyczna noclegownia jest w Namhsan i kosztuje 3500 katów od osoby. Nocuje się w prywatnych domach lub klasztorach.  Nie ma cennika więc od ciebie zależy ile zostawisz za nocleg i posiłki. My zostawialiśmy  8000 kiatów za nocleg i po dwa posiłki dla dwóch osób.

Trasa:

  • Szlak prowadzi przez wioski położone na wzgórzach prowincji Shan.
  • Przewodnik nie jest konieczny
  • Nie dawać cukierków ani pieniędzy po drodze!

Dzień 1 – około 6h chodzenia.

1)      NAMHSAN do MUN-MAI:  około 10 minut w dół drogą wychodzącą z miasteczka.

2)      MUN-MAI do KYAUK-PHYU: około  1h droga prowadzi w dół doliny na pierwszym skrzyżowaniu  odbij w prawo i weź skrót, później droga prowadzi do góry aż dojdziesz do wioski.

3)      KYAUK-PHYU do LOI SAMSIP : około 1h, po 30 minutach od wyjścia z KYAUK-PHYU na skrzyżowaniu weź drogę w prawo, skrót ostro do góry aż do samej wioski.

4)       LOI SAMSIP  do HO CHAUG : około 1,5h, początkowo idziemy w dół szeroką drogą na drugą stronę  wzgórza do wioski HO CHAUG. Po drodze będzie jedno skomplikowane skrzyżowanie z dwoma mostami które biegną nad dwoma strumieniami , weź drogę w prawo gdzie idzie linia elektryczna i idź w dół strumienia aż do wioski. Po drodze będziesz mijać wodospad, jak linia elektryczna się skończy będzie kolejne skrzyżowanie weź wąską drogę w lewo do której przechodzisz po mostku z daszkiem.

5)      HO CHAUG do MUN-NAUK : około 1h, idź główną drogą. W tej wiosce znajduje się spory klasztor gdzie można przenocować u zakonnic.

6)      MUN-NAUK do E-LoNG około 1,5h, najpierw idziesz w dół, później w większości pod górę. W połowie drogi pod górę zobaczysz dużą białą pagodę na szczycie góry, poniżej tej pagody będzie skrzyżowanie, weź lewą szeroką drogę. Po paru minutach będzie kolejne skrzyżowanie przy ogromnym, rozłożystym  drzewie weź drogę środkową, która prowadzi na sam szczyt góry. Znajduje tam się złota pagoda, w której można przenocować, E-Long to tylko jeden dom i pagoda, opiekuje się nią garbaty mężczyzna, który mówi trochę po angielsku.  Największą zaletą jest to że śpisz na szczycie, skąd rozpościera się widok 360’ na okoliczne wzgórza.

Dzień 2 – około 5 h chodzenia

1)      E-LONG do OHMATET: około 1,5h, droga idzie w dół po 5 minutach bardzo małe skrzyżowanie weź drogę w prawo. Po około 40 minutach dochodzisz do lokalnej fabryki herbaty i tam skręcasz w lewo. Idzie się na wschód po północnej stronie górskiego łańcucha, wioska jest  po jego drugiej stronie.

2)      OHMATET do PANSONE: około  1h, 30 minut w górę i 30 minut w  dół, nie jest to tak blisko jak się wydaje.

3)      PANSONE  do NORT KUN-HAUG : około 1h . Po wyjściu z wioski będzie skrzyżowanie weź duża drogę w prawo , która idzie w dół, po zakręcie odbija i idzie cały czas do góry.

4)      NORT KUN-HAUG do SOUTH KUN-HAUG : około 45 minut główną drogą. W tej wiosce nie można nocować w klasztorze nocowaliśmy u kobiety, która prowadzi sklepik, poniżej klasztoru, duży dom z niebieskimi okiennicami i drzwiami. Dobre jedzenie i miła atmosfera.

Day 3 – 6,5-8,5 godzin chodzenia

1)      SOUTH KUN-HA do PAN-NAUNG: około 4-5H. Po 15 minutach po wyjściu z wioski przechodzisz przez mały most zaraz po nim będzie rozgałęzienie, weź drogę w prawo skrót, który idzie wzdłuż strumienia około 45 minut do góry. Dalej droga idzie do góry i w dół po szczytach pasma. Po przejściu połowy trasy droga będzie szła tylko w dół. Będzie skrzyżowanie przy którym po lewej stronie stoi czerwona kapliczka obie drogi się łączą lewa jest krótsza.  Po drodze mijaliśmy tylko 2 chaty więc koniecznie weź zapas wody i przekąski, strumień mijaliśmy tylko na początku później długo, długo nic.  W tym dniu idzie się i dookoła tylko góry wioskę widać w oddali dopiero w 3h marszu. Idź cały czas główną drogą.

2)      PAN-NAUNG  do PAN-LAN około:  1h główna droga idzie w dół

3)      PAN-LAN do PINSAY: około 1h droga idzie w dół. Za wioską PINSAY po jakiś 30 minutach dochodzi się do głównej drogi idącej do Hsipaw 1h stamtąd można złapać stopa do miasta alternatywnie iść kolejne 1,5 – 2h.

This entry was posted in Birma / Myanmar and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s