Księżycowo..

Osławiony Bromo był drugim wulkanem w Indonezji jaki chcieliśmy zobaczyć. Na Merapi ze względu na jego obecną aktywność niestety nie udało nam się wejść, więc tym chętniej ruszyliśmy z Yogyakarty na wschód.

Korzystając z faktu, iż na Jawie kursują całkiem niezłe pociągi wyruszyliśmy z Yogyakarty do Probolingo. Niestety nasz osobowy dojechał na miejsce kilka dobrych godzin spóźniony i na transport z Probolingo do wioski Cemoro Lawang tego samego dnia nie było już szans. Następnego dnia z samego rana ruszyliśmy w kierunku głównej drogi wylotowej z Probolingo na wschód. Słyszeliśmy wiele negatywnych opinii na temat mafii naciągaczy na lokalnym dworcu autobusowym, więc poprosiliśmy kierowcę bemo – indonezyjskiej zbiorowej taxówki, aby nas wysadził po prostu na wylotówce a nie na dworcu. Zdziwił się nieco, ale nie było problemu.

Postanowiliśmy, że spróbujemy złapać stopa, lub w najgorszym wypadku jakiś przejeżdżający autobus. Szczęście prawie się do nas uśmiechnęło i już po kilku minutach zatrzymała się ciężarówka wyładowana motorami, ale niestety jadąca na Bali, ,a nie pod Bromo, więc próbowaliśmy dalej i w sumie prawie się udało. Zatrzymał się busik z trzema lokalesami, którzy na nasze pytanie „czy jedziecie do Cemoro Lawang?” odpowiedzieli twierdząco, więc z plecakami szybko załadowaliśmy się do środka. Niestety nie mogliśmy przewidzieć tego, że busik na odcinku niecałych 50km zepsuje się czterokrotnie. Za każdym jednak razem chłopaki dzielnie radziły sobie stukając, pukając, coś przedmuchując i jechaliśmy dalej. Gdy stanęliśmy po raz piąty jakieś 2km przed celem naszej podróży stwierdziliśmy, że podziękujemy i dojdziemy piechotą. Wtedy nasi dobroczyńcy zażądali od nas zapłaty. Miny nam nieco zrzedły, zapytaliśmy o jaką sumę chodzi i w ogóle kwota zwaliła nas prawie z nóg. 150.000 rupi, gdzie normalnie bilet kosztuje 15.000 ewentualnie dla turysty 25.000. Wyjąłem 30.000 i powiedziałem, że to wszystko co możemy zapłacić za ten przejazd, który de facto miał być darmową podwózką. Oni na to że to niemożliwe, że musimy zapłacić 150.000 bo auto się psuło i oni będą mieli jeszcze koszty, a ja na to, że to nie moja wina, że mają taki złom i że jak za naprawę płacić nie zamierzam i albo biorą 30.000 albo za chwilę dostaną tylko 20.000 bo tak naprawdę do celu nie dojechaliśmy. Zrozumieli chyba, że nie wyciągną nic więcej i po kilku burknięciach po swojemu z nietęgimi minami wzięli kasę. Po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, że lepiej za każdym razem upewnić się czy coś kosztuje i ile, nawet jeśli wydaje się być darmowe.

Sama wioska też nie zrobiła na nas zbyt miłego pierwszego wrażenia. Hotele okazały się mega drogie, a ich pracownicy do najsympatyczniejszych też nie należą. Po rozeznaniu sytuacji ulokowaliśmy się w jednym z home stay-ów za normalne pieniądze i poszliśmy zobaczyć okolicę.

wioska Cemeron Lawang

Camero Lawang to bardzo ładnie położona pośród wzgórz mieścina. Z jej północnego końca roztacza się widok na ogromną kalderę, w której położony jest Bromo i kilka innych wulkanów. Krajobraz roztaczający się w dole wyglądał dość księżycowo szary pył, kamienie, gdzieniegdzie głazy no i wulkany, a wszystko to otoczone zielonymi wzgórzami. Turystów w sumie niewielu, gdyż większość przyjeżdża popołudniu na jedną noc, aby przed świtem wsiąść w jeepa, wjechać na punkt widokowy, zobaczyć wschód słońca i wyjechać.

Nam pomysł jeepa nie bardzo się podobał, a szczególnie kosmiczna jego cena, więc postanowiliśmy rozeznać teren i wejść na punkt widokowy. Sprawdziliśmy jak prowadzi droga, gdyż nie chcieliśmy pobłądzić po nocy. Poznaliśmy parę francuzów, którzy postanowili się do nas przyłączyć i ustaliliśmy, że o 3:30 rano wspólnie wyruszymy. Resztę dnia spędziliśmy leniwie leżąc na trawie i gapiąc się na Bromo. Po zachodzie słońca zrobiło się dość chłodno, w końcu byliśmy na wysokości prawie 2500m npm. Wiedzieliśmy, że nad ranem będzie jeszcze zimniej, więc wygrzebaliśmy z plecaków dawno zapomniane polary, skarpety i szale.

O umówionej godzinie spotkaliśmy się z francuzami i ruszyliśmy drogą z wioski prowadzącą na punkt widokowy. Szło się całkiem dobrze przy świetle czołówki w zupełnej ciszy. Jakieś 40 minut za wioską na pustej drodze przypałętał się do nas szczeniaczek. W okolicy nie było żadnych zabudowań. Mała kudłata kulka dreptała za nami popiskując od czasu do czasu. Po jakimś czasie wyraźnie się zmęczył i klapnął na środku drogi, którą już zaczęły jeździć samochody wożące turystów. W tych zupełnych ciemnościach leżąc na drodze był skazany na pewną śmierć. Nie mogliśmy go tak zostawić. Wziąłem kundla pod pachę i stwierdziłem że pójdzie z nami, a później zniesiemy go z powrotem do wioski i popytamy kto go zgubił. Przy końcu drogi asfaltowej, którą szliśmy stał jednak jeden busik, który właśnie przywiózł kilku turystów. Zapytałem kierowcę czy wraca do wioski i może wziąć ze sobą zgubę i przekazałem mu psinę.

Po kilku minutach asfalt się skończył i wyboista droga zaczęła piąć się stromo pod górę. Jak doszliśmy na pierwszy punkt widokowy było jeszcze zupełnie ciemno a w dole widzieliśmy sznur samochodów wiozący ludzi inną drogą na samą górę. Stwierdziliśmy, że nie chcemy tam wchodzić i stać w tym tłumie, więc zatrzymaliśmy się na kolejnej a la platformie, gdzie lokalna kobieta już parzyła gorącą herbatę w swojej prowizorycznej budce. Siedliśmy na ławce z kubkami w dłoniach i czekaliśmy. Gdy słońce zaczęło wyglądać zza gór i oświetlać wulkany, a niebo zmieniało kolory widok był naprawę piękny. Byliśmy prawie sami i z tego się cieszyliśmy. Po wschodzie i zdjęciach podeszliśmy jeszcze trochę wyżej. Panorama trzech wulkanów Bromo, Batok i Semeru robiła wrażenie a fakt, że ten ostatni co 20 minut wypuszczał chmurkę dymu tylko dodawał uroku.

wschod slonca z punkut widokowego

wschod slonca z punkut widokowego Bromo, Semeru, i Batok

wschod slonca z punkut widokowego Bromo, Semeru, i Batok

widok na wioske Cemero Lawang, poranne slonce

W drodze powrotnej zerwał się dość silny wiatr, a my chcieliśmy zejść do kaldery, a następnie wejść na Bromo i zaglądnąć do krateru. Gdy znaleźliśmy się na dole pył unosił się wszędzie i też wszędzie się wdzierał. Po kilku minutach byliśmy cali szarzy pokryci warstwą popiołów. Przejeżdżający co jakiś czas mężczyźni na koniach proponowali podwózkę, a spod kopyt unosiły się tumany kurzu.

Jezdzcy w tle Batok

Jezdziec w tle Bromo

Czuliśmy się trochę jak na księżycu. Ostatnia duża erupcja miała miejsce 8 lat temu i od tamtej pory okolica krateru pozostaje bez życia. Po dotarciu pod krater na dobre zerwała się zadymka i widoczność ograniczała się do kilku metrów. Po wdrapaniu się na górę wiatr raz ustawał to znów się wzmagał. Krater był dość głęboki z małym turkusowym jeziorkiem na dnie. Lokalny mężczyzn chodził po jego bardzo stromych zboczach i czegoś szukał, może skarbu…

w drodze na krater Bromo

krater Bromo, uwaga z lewej nadchodzi chmura pylowa…

jeziorko w kraterze Bromo i poszukiwacz skarbow🙂

widok z krateru na Batok(po lewej) i swiatynie (malutkie zabudowania po prawej)

Zaskoczyło nas trochę, że w samym kraterze jest dość dużo rożnego rodzaju śmieci, ale cóż w końcu to jedna z największych atrakcji turystycznych Jawy. Posiedzieliśmy trochę na górze i powoli zaczęliśmy wracać do wioski, aby złapać jeszcze autobus powrotny do Probalingo.

w drodze o wioski, pyl wulkaniczny wdzieral sie wszedzie

Reszta fotek tutaj.

Pozdarwiamy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s