‘Już nie ma dzikich plaż(…)’

O Bali krążą legendy,  że to istny raj na Ziemi. My nie mieliśmy wielkich oczekiwań, jednak, jako że wyspa jest tak bardzo popularnym miejscem urlopowym, myśleliśmy, że tamtejsze plaże i błękit morza powalą nas na kolana. Podobno o gustach się nie dyskutuje, raj dla jednego, komu innemu może wydawać się miejscem całkiem przeciętnym .

Podczas naszej podróży widzieliśmy już wiele pięknych plaż i wspaniałych zatok z krystalicznie czystą wodą,  tym chętniej wsiedliśmy na motor i ruszyliśmy z Ubud na północ by stamtąd zacząć oglądanie balijskiego wybrzeża.

Wielkie było nasze rozczarowanie gdy dotarliśmy do Loviny, pierwszej nadmorskiej miejscowości. Plaża szara, wąska, nijaka, trochę walających się śmieci i nic więcej. Na całe szczęście nikt nie kazał nam tam zostawać, więc wsiedliśmy na motor i ruszyliśmy dalej myśląc, że przecież mamy dziesiątki kilometrów wybrzeża przed sobą, więc gdzieś znajdziemy nasz kawałek raju!

W Sirikit trafiliśmy na paradę uliczną, a ponieważ nie ciągnęło nas na plażę spędziliśmy tam kilka godzin szwędając się wśród kolorowego korowodu. Grupy ze wszystkich regionów Bali zjechały by zaprezentować się przed dostojnikami rządowymi, innymi ważnymi osobistościami i całym tłumem zgromadzonych gapiów. Trupy teatralne, grupy taneczne i muzyczne, a nawet grupa lady boyów i głuchoniemych maszerowały w kilkukilometrowej barwnej procesji by przed główną sceną pokazać swe umiejętności. Obserwowaliśmy to wszystko przez kilka godzin, pstrykaliśmy zdjęcia, podziwialiśmy kostiumy,aż w końcu zmęczeni niemiłosiernym słońcem postanowiliśmy ruszyć dalej.

Zaraz za Sikrit wzdłuż większej części wybrzeża ciągną się prywatne letnie rezydencje majętnych europejczyków, otoczone wysokimi murami. Plaż albo nie ma, bądź jak są to prywatne należące do willi. Zaczęło się ściemniać, a my musieliśmy znaleźć jakiś nocleg. Zobaczyliśmy po drodze szyld „Paradise Garden” i otwartą bramę więc postanowiliśmy zobaczyć czy może to jest właśnie ten nasz kawałek raju. Wjechaliśmy za bramę i okazało się, że jest tam kilka okazałych willi z basenami i zejściem na plażę. Tylko w jednej byli jacyś ludzie, cała reszta stała zupełnie pusta. Żadnego strażnika, wszystko otwarte. Weszliśmy do jednego z ogrodów, dom kompletnie przeszklony łatwo można było zlustrować i zobaczyć, że nie ma tam żywego ducha. W ogrodzie tuż nad brzegiem morza stało ogromne zadaszone łoże, wiec po godzinnym odpoczynku i wsłuchiwaniu się w szum fal stwierdziliśmy, że będzie to idealne miejsce na nocleg. Był tylko jeden problem, musieliśmy pojechać gdzieś coś zjeść, bo umieraliśmy z głodu, a nic ze sobą nie mieliśmy. Postanowiliśmy wrócić tam po kolacji, a następnego dnia z samego rana się ewakuować.  Niestety szczęście nam do końca nie dopisało, gdyż po powrocie okazało się, że brama wjazdowa jest zamknięta, a za nią siedzi ochroniarz, który ni w ząb nie mówi po angielsku i nie mogliśmy go w żaden sposób przekonać by wpuścił nas do środka.

Kolejny dzień zaczęliśmy od odwiedzenia „Art  Zoo” – domu, warsztatu pracy i jednocześnie galerii ekscentrycznego amerykańskiego artysty Simona. Posiadłość położona na cyplu z bajecznym widokiem jest ogromna, półotwarta i robi niesamowite wrażenie. Prace Simona wiszą dosłownie wszędzie, a ich tematyka jest przesycona erotyzmem.

Po takich porannych wrażeniach ruszyliśmy dalej na wschód w poszukiwaniu pięknych plaż. Zrobiliśmy kolejne 50km głównie wzdłuż wybrzeża i niestety nic nas nie zachwyciło. Każda kolejna mijana miejscowość wyglądała bardzo podobnie do Loviny z nijaką, szaro burą, często bardzo brudną plażą, w większości kompletnie zastawioną łodziami rybackimi, pomiędzy którymi trzeba się przeciskać by wejść do morza! Widok może i fotogeniczny, ale nie zachęcający do zostania na dłużej. Ta część wyspy okazała się też bardzo sucha, mało zielona, co nie dodawało uroku.

wyjątkowo ładna plaża na wschodnim wybrzeżu

łódkonarium…oj gdzie to ja łódkę zostawiłem???

Kolejnego dnia w kwestii plaż na wschodnim wybrzeżu nic się nie zmieniło, było tylko coraz to bardziej turystycznie. Miejscowości  Amed, Liph, Selang, Candidasa, nie wiedzieć z jakiego powodu tak popularne, ciągnęły się jedna za drugą wzdłuż głównej drogi. Po obydwu jej stronach hotele i hostele. Odstraszyły nas ceny, tłumy i brak klimatu. Duże rozczarowanie.

Dzień wcześniej w hotelu, w lokalnej gazetce natknęliśmy się na wzmiankę na temat lokalnej wytwórni czekolady Charlie’s chocolate i właśnie to miejsce postanowiliśmy znaleźć i odwiedzić. Gosi jako uzależnionej od brązowej słodyczy na samą myśl śmiały się oczy i ciekła ślinka. Miejsce nie jest łatwe do namierzenia,  ani specjalnie reklamowane. Nawet lokalni w Jasri, gdy pytaliśmy o kierunek nie wiedzieli o czym mówimy. Jednak nie odpuszczaliśmy i w końcu wąską drużką, między palmami dotarliśmy na miejsce.

fabryka czekolady, też kiedyś sobie taką zbuduje

Sympatyczny właściciel Charls (Australijczyk), pokazał nam wytwórnie czekoladowych kuleczek, batoników a także czekolady do smarowania. Wszystkiego mogliśmy spróbować i faktycznie nie przyjechaliśmy tam na darmo. To co sprawia, że tamtejsze wyroby są wyjątkowe to użycie cukru palmowego. Niebo w gębie! Poza czekoladą produkują tam także naturalne mydło.  Fikuśny domek – wytwórnia znajduje się nad samym morzem, wśród palm i możemy śmiało stwierdzić, że jest to najładniejsze miejsce jakie znaleźliśmy na całym północnym i wschodnim wybrzeżu wyspy. Charls  zbudował coś co sam nazywa „krzesłem oświecenia”. Jest to wielka huśtawka, umocowana na długich linach wysoko na palmach. Aby się pobujać trzeba wejść na specjalną platformę i skoczyć, a lecąc widać tylko palmy i morze. Nie omieszkaliśmy spróbować i faktycznie uczucie bardzo przyjemne!

chuśtawka oświecenia🙂

Gorąco polecamy! Z pudełkiem czekoladowych drażetek ruszyliśmy dalej i dojechaliśmy do Padangbai. Miało być to miłe miasteczko, jednak nam do gustu nie przypadło i jeden nocleg zupełnie tam wystarczył.

Rano zapytaliśmy jeszcze tylko w porcie o promy na Lombok, kolejną po Bali wyspę jaką mieliśmy w planach i ruszyliśmy na południe. Może się powtarzam ale wybrzeże niestety znów nie zachwycało. Jedyną ciekawostką byli lokalesi wybierający z morza i sortujący na plaży kamyki, które następnie sprzedają, a służą one do wykładania podług.

zbieracze skarbów

W końcu dojechaliśmy na półwysep Bukit, omijając po drodze szerokim łukiem Kutę – najbardziej turystyczne i komercyjne miejsce na całym Bali!  Dojechaliśmy do Ulu Watau i w końcu coś w nas drgnęło. Podoba nam się! Może to nie raj, może i jak dla nas trochę za bardzo turystycznie, ale i ładne klifowe wybrzeże, i plaże niczego sobie i zatoki z lazurową wodą. Decyzja padła momentalnie – zostajemy.  Kilka dni spędziliśmy plażując, obserwując surferów i podziwiając zachody słońca!

plaża Bingin

raj dla surferów

do it like a pro!

surferski makeup!

odpływ plaża Bingin

zachód słońca, poezja dla oczu…

Do dziś nie wiemy dlaczego mieliśmy w głowach jakże mylny stereotyp Bali jako wyspy z rajskimi ciągnącymi się kilometrami plażami. Plaże są na pewno najmniejszym atutem tej wyspy. Nigdy nie polecilibyśmy Bali jako miejsca na urlop nad brzegiem morza!

Reszta fotek tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to ‘Już nie ma dzikich plaż(…)’

  1. Widzę, że Bali i Was rozczarowało. Przypomniał mi się tekst mojego kumpla: “Czy można porównać Bali do teryny z przepiórek?”

    “Teryna to taki francuski pasztet. Musiałem sprawdzić w słowniku. Bali to taka rajska wyspa. To wiedzą wszyscy. Czy można porównać ofertę wyjazdu na Bali do pasztetu? Jak najbardziej. Biorę do ręki terynę z przepiórki z rodzynkami. Kształtny słoiczek, wyszukana etykieta, normalnie Francja elegancja. Wygląda ekskluzywnie, pysznie i zdrowo. Czytam skład. I co widzę? Mięso wieprzowe, wątrobę drobiową, smalec wieprzowy, rodzynki 3%, przyprawy, środki konserwujące, sól i pieprz. Aa, i mięso z przepiórki – 20%. A kosztuje, jakby te przepiórki trzeba tresować, co by się same do słoika kładły.”

    Tutaj tekst do pełnego tekstu. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko. Czekam na relację z Lombok, bo rozważam jakieś krótkie wakacje co by odpocząć od birmańskiej rutyny😉. Powodzenia w Australii!

    http://zyciewtropikach.com/2012/03/22/czy-mozna-porownac-bali-do-teryny-z-przepiorek/

    • gotyska says:

      Pasztet to trafane porównanie można sie spotkać z tym najlepszym, wypieszczonym do perfekcji – foiegras:)! Niewątpliwie wybrzeże Bali nas rozczarowało określenie ‘rajska wyspa’ to grubo przesadzony slogan. Chociaż raj rajowi nie równy zawsze to kwestia gustu i oczekiwań. Bali jest piękną wyspą ‘w środku’ warto pojeździć bo jest co podziwiać, a turystyczną papkę omijać dużym łukiem. Lombok plażowo to dla nas numer jeden będą 4 wpisy o południu wyspy więc będziecie mieli co wybrać doskonałe miejsce na odpoczynek. Pozdrawiamy i wracamy do pakowania🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s