Na fali – motorem przez Lombok cz.1

Na Lomboku przyszedł czas na przedłużenie wizy(informacje praktyczne na ten temat znajdują się na końcu wpisu) . Naszym pierwszym przystankiem była stolica Mataram, gdzie zatrzymaliśmy się u gospodyni z CS Vereny. Niezależna, otwarta młoda mama przyjęła nas z otwartymi ramionami. Kilka dni spędziliśmy w dzielnicy mieszkalnej, niskie domki gęsto ulokowane jeden koło drugiego, życie toczące się na małych uliczkach pomiędzy. Miły klimacik, domowo i relaksacyjnie. Mataram jest zwyczajnym azjatyckim miastem , generalnie nie ma potrzeby się tam zatrzymywać, jeżeli nie trzeba załatwić jakichś formalności. Miasto jak miasto meczety, warungi, świątynie, targi, szkoły i kilka domów handlowych.

Mataram i dom Vereny stał się naszą bazą, Lombok zwiedzaliśmy na motorze, gdyż znacznie łatwiej i wygodniej tak się przemieszczać. Jednego popołudnia wybraliśmy się do położonego na wybrzeżu  Senggigi pierwszego rejonu, który został zagospodarowany dla turystów na Lomboku. Specjalnie nam się tam nie podobało i nie chodzi o szary piasek czy hotel przy hotelu, najbardziej powaliły nas góry śmieci między palmami na tyłach plaży.

Koniecznie chcieliśmy zobaczyć południe  wyspy. Spakowaliśmy więc małe plecaki i wyruszyliśmy na 10 dniową objazdówkę. Pierwszym celem było południowo-zachodnie wybrzeże. Trasa od Mataram do Lembar  prowadziła przez kolejne miasteczka i dobra droga na tym odcinku pozwoliła jechać szybko i wygodnie.

W Lembar gdzie znajduje się główny port skręciliśmy na drogę wiodącą wzdłuż  wybrzeża i cały czas jechaliśmy wzdłuż w większości pustych plaż. Miłe widoczki, farmy rybne na wodzie, łódki, wioski, łódki, wioski, jakiś resort gdzieniegdzie poza tym kompletnie pusto i brak jakichkolwiek turystów. Kilka bardzo ładnych bialutkich plaż lazurowa woda, palmy, łódki, wioseczki….

widoki z drogi wzdłuż wybrzeża

piękna pusta plaża

W ten sposób dojechaliśmy do Labuhan Poh ostatniej niemalże wioski, szukaliśmy powoli noclegu, jednak oprócz drogich resortów był tylko jeden tani homestay jednak położony pośrodku niczego. Nie spodobał nam się i postanowiliśmy jechać dalej i znaleźć coś na wybrzeżu. Za tą noclegownią skończyła się asfaltowa droga i zaczęły się kamienie i piach jechało się fatalnie, wolno i trzęsło niemiłosiernie.

Dojechaliśmy do ostatniej rybackiej osady Bango-Bango , która okazała bardzo lokalną garstką bambusowych chatek, umazane biegające gołe dzieciaki i pełna plaża rybackich łódek. Na nocleg nie było raczej szans, więc postanowiliśmy krążyć dalej. Jak chcieliśmy odjeżdżać zauważyliśmy, że mamy flaka. Roman znalazł lokalny warsztat i za 1,5zł naprawił szkodę jak się okazało spuszczone było tylko powietrze, chyba lokalni tak nas przywitali jak poszliśmy przejść się po okolicy.

Krążyliśmy dalej szukając  słynnego Desert Point – getta dla surferów – miejsca gdzie są ponoć jedne z najlepszych fal na świecie. Brak jakichkolwiek znaków sprawił, że dość zrezygnowani zaparkowaliśmy i postanowiliśmy przejść się plażą. Popołudniowy odpływ umożliwił nam przejście sporego kawałka na drugą stronę klifu, gdzie ujrzeliśmy w oddali jakieś bambusowe chatki. Stwierdziliśmy, że musi być tam jakiś nocleg i w ten sposób znaleźliśmy Desert Point.

wątpliwości nie było trafiliśmy na miejsce

odpływ

Małe bambusowe kurniki , kilka warungów, zadaszone drewniane ławki na plaży, właśnie czegoś takiego szukaliśmy. Roman poszedł przywieźć okrężną drogą motor i zostaliśmy na noc na najdalej na zachód wysuniętym krańcu Lomboka.  Kilku surferów leniwie odpoczywających przed domkami czekało na fale. Pare chatek lokalesów, biegające kury i wałęsające się krowy, dzieciaki bawiące się na plaży.

widok z naszego kurnika na lokalne chatki

młodzi surferzy

Nikt  poza miłośnikami ślizgania się na falach tu normalnie nie przyjeżdża. Klimat nam pasował a słyszeliśmy, że następnego dnia mają być ogromne fale, więc postanowiliśmy zostać i zobaczyć jak robią to profesjonaliści. Zapaleńcy przyjeżdżają tam nawet na kilka miesięcy, mieszkają w bambusowych kurnikach i czekają na idealne warunki: poziom wody i wiatr żeby móc doświadczyć najlepszej przejażdżki w ich życiu. Miejsce dla wytrwałych gdyż czasem nawet przez kilka tygodni nic się nie dzieje.  Wszystko zostaje wynagrodzone gdy nagle zaczynają się pojawiać wysokie nawet do 2.5 – 3 metrów fale, ciągnące się na długości 300 metrów tworząc najdłuższe na świecie beczki.  Z perspektywy widza i kompletnego laika show jakie zafundowali nam surferzy było imponujące.

łapiąc ostatnie promienie dnia…

do it like a pro…

surfing z widokiem w tle wulkan Gunung Angun

w tubie…

surfingowe show

Miła miejscówka, piękne zachody słońca,  spacery po plaży i poszukiwanie niesamowitych muszli.

zachód słońca, zmęczeni surferzy wracają po kilku godzinach intensywnego pływania

Lombok z widokiem na Bali

skarby z plaży

Reszta fotek tutaj.

Pozdrawiamy!

————————————————————————————–

Informacje o przedłużeniu wizy

Formalności w ambasadzie poszły gładko. 3 wizyty  – pierwsza aby złożyć formularz, druga aby zapłacić i trzecia, żeby odebrać paszport i nową pieczątkę w paszporcie. Ponieważ mieliśmy  dwumiesięczną wizę potrzebowaliśmy sponsora – osobę która podpisze nam papierek, że w przypadku nieopuszczenia przez nas kraju pomoże w poszukiwaniach🙂. Osoby przedłużające wizę trzydziestodniową (visa on arrival), którą dostaje się przy wjeździe do kraju  nie muszą mieć sponsora. Taką wizę można przedłużyć raz o kolejne 30 dni, dwumiesięczną, o którą trzeba się starać przed wjazdem w ambasadzie, można przedłużyć 4 razy na 30 dni za każdym razem. Jeżeli ktoś potrzebuje sponsora, to najlepiej zatrzymać się u CS lub zagadać w hotelu. W ostateczności pomoże agencja tylko skasuje około 35$ za osobę dodatkowo do 25$ opłaty wizowej.

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink.

3 Responses to Na fali – motorem przez Lombok cz.1

  1. brilliant pictures🙂..but unfortunately I’m unable to read your words

  2. Edyta says:

    Hej, od kilku dni przeglądam Waszego bloga – piekne zdjęcia i opisy🙂 Naprawde jest na czym oko zawieścić. Wybieramy się niebawem ponownie do Azji (wcześniej w 2 wypadach zaliczyliśmy Filipiny i Tajlandię) teraz wahamy się pomiędzy Indiami a Indonezją. Mamy 5 tygodni. Co polecacie?
    Obydwa kraje są na naszej liście “to do” i pewnie prędzej czy później odwiedzimy każdy z nich.
    W indiach chcemy zobaczyć północ Radżastan, Asam i oczywiście Delhi oraz Agrę. Potem mamy w planach lecieć na Andamany. W przypadku Indonezji kusi nas Lombok oraz Sulawesi.
    Pytanie co byście polecali za te 40 dni, które mamy na wyjazd🙂
    E&M

    • gotyska says:

      Indie i Indonezja sa naszymi ulubionymi panstwami wiec ciezko wybrac tylko jedno z nich. Jezeli chcecie zobaczyc oba to nie ma znaczenia ktore bedzie pierwsze🙂 Wybor uzaleznilabym od tanszego biletu lotniczego oraz od sezonu w ktorym sie wybieracie gdyz Radzastan moze byc w pewnym okresie tak upalny ze odbierze radosc z wyjazdu, a na Andamanach moze lac. Oba miejsca wspominamy bardzo dobrze z duzo dozna emocji. Udanego wyjazdu. Pozdawiam serdecznie

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s