Sumbała – strzał w dziesiątkę czy niewypał?

Ulokowana miedzy Lombokiem, a Floresem, Sumbała jest bardzo często pomijana na turystycznym szlaku przez wyspy Indonezji. Długą na 300 km wyspę można przejechać tranzytem w ciągu doby lub w ogóle ją ominąć biorąc trzydniowy rejs statkiem.

Dysponując czasem chcieliśmy się przekonać co tam można ciekawego zobaczyć. Szukając inspiracji w internecie natknęliśmy się na wzmiankę o odkrywkowej kopalni miedzi i złota Batu Hijau. Kopalnia rozpoczęła eksploatację w 2000 roku i posiada złoża, które pozwolą na wydobycie wspomnianych rud  jeszcze przez kolejne 12 lat. Wokół projektu pojawiło się kilka kontrowersji związanych z zagrożeniem środowiska naturalnego, jak również spór z rządem indonezyjskim o prawa własności.

Po dwóch dniach szukania, pytania i jeżdżenia darowaliśmy sobie wejście do kopalni, okazało się, że jest to cięższa sprawa do załatwienia niż myśleliśmy. Mianowicie, aby wejść na jej teren  trzeba  mieć sponsora – osobę zatrudnioną w kopalni, która może nas wprowadzić przez ochronę do środka  pilnie strzeżonych murów. Polowanie na ekspatów tam pracujących nie powiodło się natomiast dogadanie się z lokalesami było kompletnie niemożliwe.

Byliśmy w okolicach Sekonkong  i korzystając z możliwości wynajmu motoru od razu pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Jeżeli  w ogóle kogoś można spotkać na Sumbale to tylko surfurów. Wyspa słynie z dwóch miejsc dla miłośników ślizgania się po falach, a my  znajdowaliśmy się w jednym z nich. W naszej noclegowni spotkaliśmy kilku zapaleńców, więc wieczorem było z kim pogadać. Poza tym plaże piękne i puste wybrzeże zdecydowanie ma tutaj ogromny potencjał.

dzikie zachodnie wybrzeże ciągnie się kilometrami

dzikie zachodnie wybrzeże ciągnie się kilometrami

piękno natury...

piękno natury…

zachód słońca na plaży w Sekonkong

zachód słońca na plaży w Sekonkong

Częściowo stopem i częściowo rozklekotanym busem dojechaliśmy do stolicy zachodniej części wyspy Sumbawa Besar. Ta cześć zamieszkiwana jest przez grupę etniczną Tua Samawa, która zachowała odrębność od wschodniej części Sumbały i ma własny język. Już po drodze uświadomiliśmy sobie, że bez własnego pojazdu ciężko będzie coś zobaczyć. Transport publiczny poza ‘główną, w większości jednopasmową autostradą’ był bardzo nieregularny i w opłakanym stanie.

opłakny stan autobusu, z tyłu zamiast tylniej karesorii plastikowa plandeka...taki lajfstajl :)

opłakany stan autobusu, z tyłu zamiast tylnej karoserii plastikowa plandeka…taki lajfstajl🙂

Spędziliśmy pół dnia szukając kogoś kto nam wynajmie motor. Nieznajoma koncepcja spotkała się z negatywnym odzewem ze strony lokalesów. Mimo faktu, że każdy koleś posiada jednoślad i większość z nich po prostu siedzi na nich przez cały dzień obserwując leniwie toczące się życie, w miasteczku nikt chętny się nie znalazł. Lekko sfrustrowani zobaczyliśmy co się dało w ‘stolicy’ i ruszyliśmy dalej.

Droga do Dompu była bardzo, bardzo długa… Krajobraz monotonny z jednej strony wybrzeże właściwie całkowicie niezagospodarowane, ale też nie wyjątkowo piękne, z drugiej góry dużo, dużo gór wysokie i suche jak pieprz. Pomarańczowe trawy i drzewa z upragnieniem czekające na deszcz. Gdzieniegdzie wioski, gdzieniegdzie solanki , poza tym pustka. Sumbawa jest 3 razy większa od Lomboka a jej populacja to zaledwie 1,5 miliona ludzi.

Licząc na to ,że Dompu jest punktem wylotowym do kolejnego surferskiego zagłębia spodziewaliśmy się, że uda nam się załatwić tam motor. Sytuacja jednak znowu się powtórzyła, zmarnowany czas na organizację transportu i kompletny brak efektów. Chcieliśmy pojechać do wioski Donug, gdzie ludzie uciekli przed islamizacją wieki temu i do dziś zachowali wyjątkową wersję animizmu Masif i żyją w specyficznej strukturze wodza wioski. Dojazd tam nie jest jednak łatwy i nawet rozważaliśmy wynajem samochodu, jednak cena była kosmiczna i kierowca wcale nie chciał nas tam zabrać.

ulica  w Dompu

ulica w Dompu

Tak zwane zwiedzanie spoza utartego szlaku spaliło na panewce, znaleźliśmy kolesia, który zaoferował transport do Lake Vally, wspomnianego raju surferów, jednak nie chcieliśmy oglądać kolejnej plaży. Zrezygnowani ruszyliśmy w ostatni kawałek drogi przez Sumbawę do Sape.

Krajobraz tym razem troszkę bardziej urozmaicony, pojawiły się nawet zielone pola ryżowe i ogromne tereny używane pod solanki, czyli odzyskiwanie soli z wody morskiej.

'farmy' soli - takie widoczki ciągnął się kilometrami

‘farmy’ soli – takie widoczki ciągnął się kilometrami

ziarkodo ziarka...pracownik farmy soli

ziarko do ziarka…pracownik farmy soli

Sape to wioska rybacka gdzie po dwóch stronach ulicy ciągną się kolorowe domy na wysokich nogach, mężczyźni zajęci są przy sieciach rybackich, kobiety przy domowych obowiązkach, a dzieci jak zwykle zajęte są zabawą.  Po ulicach jeżdżą bryczki zaprzęgnięte w koniki i okazjonalnie ciekawe ciężarówki🙂

ulica w Sape

ulica w Sape

lokalny transport

lokalny transport

bananowa niunia kontra Lady Gaga :)

bananowa niunia kontra Lady Gaga🙂

ciekawska dziewczynka

ciekawska dziewczynka

w sieci - rybak przy pracy

w sieci – rybak przy pracy

powalający zachód słońca

na zakończenie powalający zachód słońca

Podsumowując: Sumbała jest zdecydowanie dla zapaleńców i osób które cieszy po porostu kontakt z loklesami, a nie zabytki czy cuda natury. Żeby znaleźć ciekawe zakątki i wycisnąć z Sumbały co najlepsze konieczny jest własny transport, inaczej skazanym jest się na główne miasta i nic poza tym. Pomocny byłby również podstawowy indonezyjski, gdyż angielski nie jest tu znany bo i turystów jak na lekarstwo. Spędziliśmy na wyspie zaledwie 6 dni, jednak nasze plany eksploracyjne nie powiodły się z powodu problemu z wynajęciem motoru. Z perspektywy czasu nie uważam, żeby ta wyspa jakoś szczególnie została nam w pamięci. Atmosfera w miastach też była słodko-gorzka, ogólnie nastawianie do nas było olewatorskie i  na zasadzie ‘wszystko mi jedno’. Nie chodzi nam tutaj o to, że ludzie nie skakali koło nas tylko o to, że ludzie byli mało otwarci i zainteresowani interakcją. Byliśmy również wyproszeni z hotelu, niechciano nam przyrządzić posiłku i ogólnie wiało chłodem.

Jak się później okazało, gdybyśmy zostali chociaż dzień dłużej na Sumbale mielibyśmy ogromny problem z przedłużeniem wizy na Floresie ale o tym w następnym wpisie🙂

Kilka dodatkowych fotek tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , . Bookmark the permalink.

3 Responses to Sumbała – strzał w dziesiątkę czy niewypał?

  1. Evik says:

    O ta Sumbawa! My przejechalismy ja, by dostac sie dalej, ale ten krotki fragment: zepsuty autobus i spoznienie na prom, a pozniej oczekiwanie i wypraszanie kierowcow autobusu, zeby w koncu ruszyli, bo spoznimy sie na nastepny i ostatni prom do Labuan Bajo… grrrr. A jedzenie na stacji autobusowej z grupa ludzi, ktorzy stoja i patrza z zaciekawieniem, krepowalo jak nigdy wczesniej. Ledwo zdazylismy na prom, ciezko bylo sie dogadac po angielsku, a ludzie, ktorych spotkalismy zdecydowanie do najsympatyczniejszych nie nalezeli. Lacze sie zatem z niezbyt milyni stamtad wspomnieniami. Pozytyw na koniec to te solankowe pola! Nie widzielismy tego, ale na zdjeciach ciekawie to wyglada!:)

  2. niedziwinic says:

    Hmmm – myślę, że strzał w dziesiątkę. W kążdym razie wpisuję w zeszycik:)

  3. Kasia says:

    przepiękne zdjęcia!! dla takich widoków warto tłuc się rozklekotanym autobusem :))) pozdrawiam

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s