Historia pewnej wizy…

Nasze plany związane z zobaczeniem wyspy Flores wywróciły się do góry nogami dwukrotnie.  Pierwszy zwrot akcji nastąpił już w pierwszych 24 godzinach. Przypłynęliśmy do Labuanbajo promem i zamierzaliśmy tam zostać kilka dni w celu eksploracji życia podwodnego parku narodowego Komodo. Obeszliśmy kilka szkół nurkowych i kiedy już mieliśmy decydować się na jakąś opcję livebordu(kilkudniowe zakwaterowanie na łódce i wielokrotne  nurkowanie w ciągu dnia bez konieczności powrotu do portu) całkowicie przypadkiem w rozmowie z koleszką z agencji wyszło, że w trybie natychmiastowym musimy się z tego portowego miasteczka zawijać.

Ale o co kaman? Przypływając na Flores mieliśmy kilka dni do upływu naszej trzeciej wizy, pewni jednak na 100%, że w Labuanbajo będzie biuro imigracji na luziku zajęliśmy się przyjemniejszymi rzeczami niż biurokracja, z bujania w obłokach na ziemię ekspresowo sprowadził nas owy chłopaczek, informując, że jedyny punk imigracyjny znajduje się w Maumere 600km w głąb wyspy, dodając, że urząd nie cieszy się specjalnie przychylną opinią. W Labuanbajo biuro owszem było, ale ze względu na masową korupcję rząd postanowił zwolnić wszystkich pracowników, a urząd zamknąć do czasu znalezienia nowej kadry. Mogłoby się wydawać, toż to żaden problem, 600km to jak się przyciśnie to i w 8h się zrobi. Jednak nie na Floresie gdzie tereny są górzyste, drogi w większości dobre jednak wąskie, a liczba zakrętów uniemożliwia rozwinięcia szybkości, 600km to bardzo dużo i każdy odcinek pokonuje się bardzo mozolnie. W nocy praktycznie nic nie jeździ więc do Maumere trzeba wlec się przynajmniej dwa dni.
Po rozeznaniu w opcjach transportowych mieliśmy do wyboru :
a)      samolot – wszystkie miejsca wyprzedane,
b)      autobus – na miejsce docieramy po 36h,
c)       motor – na miejsce docieramy na 3 dzień
Wybraliśmy plan b, mając jeszcze kilka godzin do odjazdu, szybko spędziliśmy opinie na forum i doświadczenia innych sierot, takich jak my które musiały właśnie w Maumere przedłużać wizę. Znalezione informacje skutecznie nas przeraziły. Podsumowując totalna korupcja, lenistwo i nastawienie ‘mam cię w dupie’. Porządnie zestresowani skontaktowaliśmy się z kolesiem z CS, żeby w razie potrzeby interwencji w urzędzie znać kogoś władającego indonezyjskim lepiej niż my, no i potrzebowaliśmy pomocy w znalezieniu w ciągu jednego dnia sponsora. Nastawienie mieliśmy bojowe, po dojechaniu na miejsce (półtora dnia w busie), uzbrojeni  w dyktafon, aparat z możliwością nagrywania filmików, oraz numery telefonu do biura antykorupcyjnego i naszego nowego znajomego pojawiliśmy się w urzędzie po odbiór formularzy wizowych.
Wiedzieliśmy jak wygląda procedura ponieważ przedłużaliśmy już wizę na Lomboku. Tym razem jednak musiało oczywiście być inaczej. Dostaliśmy – przepraszam musieliśmy sobie kupić –  po pięć różnych formularzy po indonezyjska.  Trochę nam zajęło uzyskanie informacji co właściwie my musimy wypełnić, a co nasz sponsor. Okazało się również, że nasz sponsor musi napisać oświadczenie, nie udało się jednak ustalić jakiej treści, a wszystkie formularze muszą być zeskanowane i wypełnione komputerowo. Urzędnik od razu nas poinformował, że procedura może potrwać do 2 tygodni, lekko podłamani udaliśmy się na spotkanie z wcześniej skontaktowaną osobą z CS.
Jak to mówią głupi ma szczęście. Dwi, zapoznany zaledwie dwa dni wcześniej, przez desperackiego maila mojego autorstwa, jest menagerem i pracuje dla organizacji pozarządowej (NGO) Swissconnect  promującej turyzm na Floresie. Pomimo tego, że nie jest z Floresu i prawnie nie mógłby być naszym sponsorem skontaktował koleżankę, która zgodziła się pomóc nam w całym procesie wizowym. Cała ekipa z biura siedziała kilka godzin przeglądając papierki i decydując co właściwie ma sens, a co nie. W końcu zaczęły puszczać nam nerwy, czas leciał, a tu nikt nic nie wie, typowy azjatycki brak organizacji, jednak nie mięliśmy wyjścia byliśmy skazani na jedną dziewczynę i dobre chęci tych kilku osób, wiec pokornie czekaliśmy.  Po kilku godzinach mieliśmy komplet dokumentów, kopie paszportów naszych, kopie dokumentu sponsora, nasze fotografie x3, sponsora we własnej osobie. Idziemy złożyć całość do urzędu. Zostało nam 30 min do zamknięcia. Przemiły urzędnik ogląda każdą kartkę, czyta, konsultuje z kolega, który jest nieco pochłonięty oglądaniem lokalnej telenoweli ryczącej z telewizora na całe pomieszczenie i odpalaniem papierosa od papierosa, kręci głową, coś fuka pod nosem, przepytuje sponsora czy na pewno wie w co się pakuje i czy chce nas sponsorować. Jak juz wydaje się, że wszystko jest ok, facet mówi, że nasze fotografie nie są na CZERWONYM tle i z tego powodu oczywiście nie może przyjąć wniosku!  Mi skacze ciśnienie, Roman kipi ze złości, prosi o rozmowę z przełożonym, oczywiście przełożony jest zajęty, ale on pójdzie i zapyta, po chwili wraca, w drodze wyjątku może być zdjęcie nie na czerwonym tle, tylko jeszcze trzeba gdzieś zrobić ksero paszportu, bo to które mamy jest w złą stronę, a u nich kopiarka oczywiście właśnie się zepsuła. Z wywalony jęzorem pędzę w poszukiwaniu zakładu ksero, a miły pan prosi aby się pospieszyć gdyż za 5min zamykają. Ufff wracam udało się! Wniosek przyjęty 1-0 dla nas,  kiedy do odbioru? No nie wiadomo, wrócić i zapytać za kilka dni 1-0 dla nich.
Czekając na wizę mieliśmy 2 opcje:
a)      zostawić paszporty w urzędzie i zwiedzić wschodni Flores i Lembatę, a następnie po nie wrócić za 10 -14 dni
b)      poczekać na wizę i siedzieć w urzędzie chociażby cały dzień lub dwa jeżeli to zaowocuje przyspieszeniem procesu.
Zdecydowaliśmy się na opcję b, nie chcieliśmy wyjeżdżać bez paszportów, nigdy nie wiesz jak sie plany ułożą ,a nóż spodoba nam sie Lembata i później się nam zachce jechać na Alory, a tu paszporty leżą w Maumere. Postanowiliśmy przyjąć postawę bojową i wziąć ich na umęczenie. Wniosek złożyliśmy w piątek, więc i tak 2 dni mieliśmy wolne, wobec czego, wypoczęci w poniedziałek udaliśmy się do urzędu i już o 9 siedzieliśmy grzecznie w poczekalni.  Pan urzędnik nas rozpoznał i od razu oznajmił, że dzisiaj są zawaleni robotą i że przecież nasze paszporty musza przejść przez 5 różnych osób i że to potrwa. My na to, że nie ma problemu, mamy cały dzień i że poczekamy.  I tak jak te jelenie siedzieliśmy w poczekalni do 14.00.
Urząd jak urząd, lada za nią 3 stanowiska do obsługi petentów, na przeciwko lady długa ławka, na której spoczywają czekający petenci. Nad głowami urzędników włączony duży telewizor z głośnością podkręconą na maksa, w nim ogłupiające telenowele, przerywane jeszcze bardziej idiotycznymi reklamami. Urzędnicy pracują jak muchy w smole, nikt sie nie spieszy broń boże, chodzą z pokoju do pokoju, nie wiadomo po co, co chwilę kilku odpala fajkę, lub wychodzi po coś do jedzenia, petentów jak na lekarstwo, za cały dzień widzieliśmy może 3 osoby.  Obok biura z telewizorem,  pokój telewizyjny z sofami i fotelami, bez przerwy ktoś tam siedzi i ogląda bzdety czyli inne telenowele niż te w hallu głównym. Normalnie jak czeski film, tylko popcornu brak!
O 14.00 nasz urzędnik pod wrażeniem, że cały dzień czekamy, nieco zirytowany faktem, że od 9 rano patrzymy mu na ręce, poinformował nas o postępie procesu wizowego, mianowicie  paszporty są już u drugiej osoby, niestety zepsuła się kolejny raz kopiarka i to wstrzymuje dalszy postęp procedury w dzisiejszym dniu, trzeba czekać na usunięcie usterki więc w ciągu dwóch kolejnych godzin nic się nie wydarzy, grzecznie odsyła nas na lunch i zaprasza jednocześnie obiecując finalizację wizy na następny dzień. Z takim systemem nie wygrasz, trzeba się tylko uśmiechać i grzecznie kiwać głową, agresja i nerwy na nic, w ich oczach to tylko słabość, nic nam nie pozostaje jak tylko pójść na obiad, na odchodne mówię urzędasowi, że bardzo, bardzo nam zależy na wizie, ponieważ moi rodzice przylatują samolotem do Labuanbajo i że musimy jutro wieczorem opuścić Maumere.  Oczywiście nie jest to prawda, jednak nic innego mi nie przychodzi do głowy, a na zabawę z nimi w kotka i myszkę szkoda nam czasu.
We wtorek od 9 rano grzecznie siedzimy w poczekalni gapiąc się w najgorszą z możliwych telenoweli. Po dwóch godzinach urzędas woła nas do siebie, jakiś postęp, jeszcze tylko jeden podpis i paszporty gotowe, jednak szef zajęty i nie wiadomo czy się uda załatwić. Ja znowu wyjeżdżam z moją lewą historią, że dzisiaj musimy wyjechać z miasta, że rodzice czekają na lotnisku, że są w podeszłym wieku i muszę koniecznie się nimi zająć. W odpowiedzi słyszę, że to nie jest ich problem i że wiza to nie jest 5 minut. Nic to pozostaje czekać. Znowu siedzimy i robimy maślane oczy jak kot ze Szreka, mija kolejna godzina i dostajemy cynk, możemy odebrać dokumenty. Wiza jest, 3 dni zmarnowane, ale teraz mamy spokój na kolejne 4 tygodnie. Zadowoleni wychodzimy, udało się wszystko załatwić bez łapówek tylko trochę nerwów straconych. Można iść na piwo i opić sukces….
Jeszcze taka mała uwaga. Jeżeli ktoś będzie przedłużał wizę po raz drugi, to oprócz pieczątki w paszporcie, dostaliśmy jeszcze kartkę A4 z jakimś tekstem po indonezyjsku i z naszym zdjęciem. Początkowo te kartki kompletnie olaliśmy i prawie je wyrzuciliśmy, przy wylocie z kraju zapytał nas o nie urzędnik na lotnisku. Bez nich mielibyśmy ogromny problem opuścić kraj, więc ku przestrodze sprawdźcie czy wszystko wam dali i cierpliwości życzymy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , . Bookmark the permalink.

One Response to Historia pewnej wizy…

  1. Kasia says:

    Istny Kafka! Ale daliscie rade i to w krotkim czasie i ze stoickim spokojem. gratuluje

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s