Święto fasoli…

W czasie naszego pobytu na Lembacie odbywała się nietypowa uroczystość –  Kacang Festival – najważniejsze w roku  – święto fasoli. W latach 60tych prawie zabroniono jego obchodów, jednak rząd poszedł po rozum do głowy i przywrócił tradycję istniejącą od niepamiętnych czasów. O samym festiwalu niewiele wiedzieliśmy, gdyż niewiele informacji można było na ten temat znaleźć , nie pozostawało nic innego jak zobaczyć go na własne oczy.

Obchody odbywały się w maleńkiej wiosce – Kampung Lama – znajdującej się na zboczy wulkany Ile Ape. Żeby się tam dostać trzeba się tam po prostu wdrapać. Dojechaliśmy motorem do Jontany, zostawiliśmy jednoślad u świeżo poznanego lokalesa na podwórku i cheja w drogę. Jedyne wskazówki jakie dostaliśmy: ‘follow the path’ – podążaj za ścieżką  -ale my tu mówimy o wejściu na wulkan, nie jakiś tam pagórek…Mimo wszystko w kilku miejscach było rozdroże, ale zawsze jakiś chłop czy to z kuniem, czy z owcami się znalazł  i drogę wskazał. Po 90 minutach byliśmy na miejscu.  Standardowo zrobiliśmy sensację swoja obecnością, od razu zostaliśmy wciągnięci do pierwszej chaty. Po kilku minutach pojawił się mężczyzna na nasze szczęście nauczyciel angielskiego w lokalnej szkole, mieliśmy więc już tłumacza, można więc było zacząć zadawać pytania.
Wioska była całkiem spora rzekomo liczyła setki lat i tak też wyglądała, ogromne dachy prawie do ziemi pokryte słomą bez drzwi i ścian, podparte na palach, w środku każdego domu – dachu, kilka platform ala łóżek, na czterech nogach, uplecione siedzenie, w dawnych czasach wykorzystywane do spania, siedzenia czy innych czynności.

tradycyjny dom z długim dachem

tradycyjny dom z długim dachem

Brak wody, prądu, i jakichkolwiek udogodnień. Nic dziwnego, że już od dawna nikt tutaj nie mieszka, ludzie przeprowadzili się niżej, mieszkają w wioskach u podnóża wulkany w domach częściowo murowanych z dachami z falistej blachy.
Jednak raz do roku w czasie festiwalu do tej wioski schodzi się cała masa ludzi i wspólnie przez 3 dni świętuje, jedzą, piją , tańczą i spędzają wspólnie czas. Każdy dom bowiem należy do jakiejś rodziny i w każdym zasiada czasem cały klan. My byliśmy tam podczas drugiego dnia, kiedy to miały się odbyć tradycyjne tańce i specjalny posiłek z kurczaków i bananów.
W pierwszej chacie od razu dostaliśmy posiłek: nic innego jak ryż z fasolą i suszoną rybę no i wino palmowe – arak. Wygłodzeni wsunęliśmy danie od razu tylko z rybą był mały problem, bo była tak twarda, że trzeba było ją długo ssać zanim można było ja pogryźć. Wino mi osobiście nie podeszło, chociaż z grzeczności walnęłam cały kubek tak dla odwagi, smak mocno sfermentowany. Już się zapowiadało, że będzie ciekawie.

posiłek dla strudzonych wędrowców

posiłek dla strudzonych wędrowców

Siedząc przy lunchu, kątem oka widzimy, że na jednej z platform siedzi sędziwy mężczyzna i daje błogosławieństwo/odprawia czary/uzdrawia kobietę stojąca przed nim w biustonoszu i spódnicy. Na szybkie pytanie co ten mężczyzna robi, słyszymy w odpowiedzi, że wysłuchuje próśb i zanosi je do duchów. No to jeżeli tak, to już wszystko wiadomo. Ogólnie imprezka  się już na dobre rozkręciła, choć była dopiero 13.00, a wina już się tyle polało, że męska część klanu dobrze się bujała na nogach.

wyjątkowe bambusowe 'karafki' na wino palmowe

wyjątkowe bambusowe ‘karafki’ na wino palmowe

W każdym z domów na jednej z platform ustawione były dary dla duchów i niekiedy skarby, na przykład kły słoni, rzekomo autentyczne, przywiezione wieki temu przez Portugalczyków z Indii w celu wymiany handlowej, najdłuższe jakie widzieliśmy 3 metrowe!. Na co dzień pilnowane są jak najcenniejszy skarb, w czasie świąt wystawiane na szczególnym miejscu.

kły słoni, skarb pokoleń

kły słoni, skarb pokoleń

Oprócz tego obowiązkowo trzeba zabić małą kurkę i powiesić ją za szyję, jeżeli kurka ma nóżki osobno zwrócone w jednym kierunku w tym domu będzie pomyślność, jeżeli zaś skrzyżowane to niestety zapowiada to złe czasy.

to domostwo nie ma się czego obwiać

to domostwo nie ma się czego obwiać

Chodząc po wiosce wszędzie dookoła ludzie zajęci pichceniem i zabawą. Przysiedliśmy w domu naszego przewodnika i po kolejnym posiłku dostaliśmy własną platformę żeby się zdrzemnąć, trochę oszołomieni wydarzeniami dookoła skorzystaliśmy z tej propozycji. Po godzince snu ruszyliśmy znowu na obchód, wioska przygotowywała się do tradycyjnych tańców oraz do wielkiego ogniska, gdzie miało spłonąć kilkanaście kur, stosy bananów, specjalnie zerwane zioła i parę innych dziwnych rzeczy.

składniki już prawie gotowe...

składniki już prawie gotowe…

Z upływem każdej godziny towarzystwo robiło się coraz bardziej ubzdryngolone i odważniejsze w kontaktach z nami. Po pokazie tańców musieliśmy podjąć decyzję czy zostajemy na noc czy wracamy do Lawoleby. Po przeanalizowaniu za i przeciw postanowiliśmy zejść na dół i wrócić do naszej noclegowni.  Trzeba przyznać, że towarzystwo było ciekawe, jednak jak na nasz gust zbyt pijane i mając tylko jedną osobę do komunikacji nie widzieliśmy potrzeby, żeby zostawać na noc, gdyż po prostu  zapowiadała się wielka libacja. To po co przyszliśmy widzieliśmy, a kielicha wypijemy innym razem …

taniec wojowników, najmłodsze pokolenie i 'podchmielona' starszyzna z całkiem sporymi kosami...

taniec wojowników, najmłodsze pokolenie i ‘podchmielona’ starszyzna z całkiem sporymi kosami…

tłumek bacznie obserwujący tradycyjne tańce

tłumek bacznie obserwujący tradycyjne tańce

Po kilku dniach spędzonych w Lewolebie i  w okolicznych wioskach trzeba było się decydować co dalej. Chcieliśmy płynąć na Alor, jednak czekając na poniedziałkowy targ przepadła nam łódka, która tylko pływa raz w tygodniu i musielibyśmy czekać kolejne kilka dni. Na Alorze musielibyśmy być przynajmniej tydzień, ze względu na rejsy promów z powrotem na Flores i tym sposobem jak policzyliśmy dni to wyszło nam, że musielibyśmy przedłużać znowu wizę w Maumere, a tego zdecydowanie nie chcieliśmy robić.
Było jeszcze jedno miejsce na Lembacie, które spędzało nam sen z powiek – Lamalera. Jedyne na świecie miejsce gdzie poluje się na wieloryby przy użyciu harpunów. W ciągu roku zabiją się tam około 25 osobników, a jeżeli  ssaków nie ma w okolicy, to tą samą metodą poluje się na delfiny. Nic się nie marnuje, każda część jeżeli nie jest konsumowana przez mieszkańców wioski, to służy jako zapłata w handlu wymiennym. Kiedy pierwszy raz o tym usłyszeliśmy, chcieliśmy koniecznie tam pojechać i zobaczyć tą kilkusetletnią tradycję na własne oczy. Jednak im więcej o tym czytaliśmy i oglądaliśmy filmów, tym bardziej przechodziła nam ochota na te odwiedziny. Mimo, iż  wydawałoby się to idealnym miejscem do zaobserwowania czegoś unikalnego, charakter tej ‘atrakcji’ nie dokońca  był lekki do strawienia i zdecydowaliśmy się  odpuścić. Nie wydaje nam się dobrym pomysłem robienie z tego typu tradycji atrakcji turystycznej, gdyż w grę wchodzi życie zwierząt, które nie oszukujmy się tracą życie w dość brutalny sposób. Niektóre miejsca powinny zostać nienaruszone przez turystów!

Pełna galeria z Lembaty tutaj.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Święto fasoli…

  1. mamjakty says:

    fajna impreza:) zazdroszczę bardzo takiego pogłębionego zwiedzania!

  2. Bryliant says:

    Wspaniała impreza, wspaniałe zdjęcia. Również zazdroszczę, eh…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s