Szybka zmiana planów….

Wracając z wulkanu Kelimutu złapaliśmy stopa do Ende, podróż na tyle półciężarówki daje nową perspektywę jazdy po serpentynach Floresu🙂 Wrażeń było jeszcze więcej, kiedy odkryliśmy pod plandeką karabin! Usadowieni na sztywno co jakiś czas zerkaliśmy gdzie skierowana jest lufa do tego wszystkiego mi włączyła się choroba lokomocyjna. Na szczęście po półtorej godziny byliśmy już na miejscu.

W hotelu spotkaliśmy Ilonę i Maćka rodaków, z którymi od momentu wymiany pierwszych zdań nie mogliśmy przestać rozmawiać przez kolejnych kilka godzin. Nie mając konkretnych planów na kolejnych kilka dni zdecydowaliśmy się dołączyć do nich i do podróżującej z nimi Anny szalonej Niemki i wspólnie wybraliśmy się do Riung.

Riung to mała rybacka wioska na wybrzeżu, koło przystani rząd bambusowych domków na wysokich nogach, gaje palm kokosowych, jeden lokalny warung i nic poza tym.

domki przy przystani w Riung

domki przy przystani w Riung

typowy bambusowy dom na palach

typowy bambusowy dom na palach

Trzeba było sobie czas zorganizować, więc już następnego dnia wybraliśmy się na całodniową wycieczkę łódeczką po parku narodowym o pięknej nazwie Siedemnaście Wysp. Nasza wesoła ekipa, 3 odwiedzone wyspy, ogromna kolonia nietoperzy, rozdeptany samym środkiem mojej stopy jeżowiec( którego igły wyciągałem jeszcze 3 tygodnie później ), snurkling, cisza i spokój-  relaks. Piękny dzień w doborowym towarzystwie.

kolonia nietoperzy

kolonia nietoperzy

jeden z przedstawicieli gatunku w pełnej okazałości

jeden z przedstawicieli gatunku w pełnej okazałości

jedna z wysepek lunch break :)

jedna z wysepek lunch break🙂

widok na Flores i tam w dole nasze łódeczka

widok na Flores i tam w dole nasze łódeczka

następnym razem zrobimy upgrade do takiej łajby :)

następnym razem zrobimy upgrade do takiej łajby🙂

Na kolejne dwa dni zaplanowaliśmy wycieczkę motorem jak wiadomo w miejscach gdzie transport publiczny nie bardzo istnieje jest to najlepszy sposób żeby coś zobaczyć. Wynajęliśmy 3 pojazdy i w drogę. Kierujemy się na zachód od Riung wzdłuż wybrzeża. Wyczytaliśmy gdzieś, że po 25km powinnyśmy ujrzeć pięknie położoną wioskę i to motywowało do kontynuacji jazdy po praktycznie nieistniejącej nawierzchni, którą ciężko było nazwać drogą krajową.

wesoła ekipa

wesoła ekipa

Ilona na jednym ze zjazdów zaliczyła nawet wywrotkę. Trudy jazdy rekompensowały widoki, tym razem nie soczyście zielone góry a pomarańczowo-rdzawe trawiaste pagórki przyciągały oko i na dodatek pięknie kontrastowały z  turkusami i granatem morza.

północne wybrzeże Floresu

północne wybrzeże Floresu

malowniczo położone wioski gdzieś na końcu świata

malowniczo położone wioski gdzieś na końcu świata

Zatrzymaliśmy się w kilku wioskach , w których robiliśmy co tu dużo mówić sensację, ciężko więc było przejść niezauważonym, ciekawscy mieszkańcy miło nas jednak przyjęli. Nie mogło się również obejść bez świeżego kokoska w ten upalny dzień, który tak miło się zaczął…

komitet powitalny

komitet powitalny

w wolnych chwilach praca nad ikatem

w wolnych chwilach praca nad ikatem

urocze podwórko

urocze podwórko

zalotne spojrzenie

zalotne spojrzenie

nieśmiała piękność

nieśmiała piękność

Wracając do Riung złapaliśmy flaka, pech chciał że stało się to w samym środku niczego do malutkich wiosek przynajmniej kilka kilometrów krętą, piaszczystą drogą w każdą stronę a wulkanizacja to tylko w Riung. Nic chłopki pojechali szukać pomocy  a my zostałyśmy pilnować motoru. Po próbie dogadania się na migi wrócili tylko z pompką, była bowiem szansa że podpompujemy koło i dojedziemy, jednak opona schodziła od razu więc to rozwiązanie nie przyniosło efektów. Z nieba spadł nam młody chłopak, który miał zapasową dętkę od razu znaleźli się chętni do pomocy i w kilka minut 4 młodzieniaszków zmieniło nam koło.

Bez problemów i niespodzianek dojechaliśmy do Riung, po lunchu w jedynym warungu we wsi  zamierzaliśmy już tylko w czwórkę, gdyż Ania się złe czuła, pojechać na zachód słońca na oddaloną o 15km plażę. Po kilkuset metrach na prostej asfaltowej drodze złapaliśmy drugi raz gumę. W tym momencie Maciek stwierdza, że to ewidentny znak, żeby nie jechać dalej, więc razem z Iloną rezygnują z dalszej wycieczki. My postanawiamy załatać dziurę i jeżeli załatwimy to dość szybko jedziemy dalej. Mamy szczęście wulkanizacja jest bliziutko, właściciel  traktuje nas jak Vipy i obsługuje nas w pierwszej kolejności . No to jedziemy… no i kur…ujechaliśmy… dosłownie w tym samym miejscu w którym złapaliśmy gumę zaliczamy glebę, wybiega kura wprost pod koła, ostry skręt i już suniemy bokiem po asfalcie szybkość może 50km/h jedyne co pamiętam to jedno wielkie TRZAAASSSK!!!

Cdn.

Pozdrawiamy!

This entry was posted in Indonezja and tagged , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s