Boskie Byron Bay…

BYYYYYYron BAY!!!

BYYYYYYron BAY!!!

Jak wspominaliśmy na co dzień mieszkaliśmy w pięknym miejscu na wsi pośród wzgórz. Jakby tego było mało w bardzo bliskiej odległości mieliśmy jeden z najpiękniejszych kawałków wybrzeża. Całkiem sporo czasu spędziliśmy w małym wakacyjnym miasteczku Byron Bay. Można chyba śmiało napisać, że jest to miejsce w którym każdy czuje się dobrze, panuje tam niesamowity wakacyjny, wyluzowany klimat. Popularna destynacja wśród hipisów, plecakowiczów i wszelakiej maści buskerów, ludzi młodych szukających przygód w szerokim tego słowa znaczeniu, rodziny z dziećmi jak również starszyznę. Miasteczko przyciąga turystów rodzimych jak i przyjezdnych. Dla każdego coś miłego, klimatyczne knajpeczki i restauracje, skromne choć dobrze prosperujące życie nocne, doskonałe warunki do sportów wodnych: surfing, nurkowanie, piesze wędrówki. W Byron chodzi się po ulicach na boso, dzierżąc pod pachą deskę surfingową, jeździ się na deskorolce lub chociaż trzyma się jedną w ręku, nie trzeba nawet wrzucać na siebie nic specjalnego. Strój kąpielowy do przechadzek po uliczkach też jest ok, luz bluse, bez nadęcia i przepychu. Byron Bay jest pięknie położone do wyboru jest kilka imponujących plaż, między innymi plaża dla nudystów :) Obowiązkową atrakcją jest spacer na latarnie morską, znajdującą  się na klifie, który jest najbardziej wysuniętym na wschód miejscem na stałym lądzie w Australii.

Z doświadczenia polecamy: restaurację Targa na kolację, klub Woodies na imprezę, pub Rails na muzykę na żywo, Arts factory na nocleg i plaże w Suffolk Park na relaks

Na zachętę kilka fotek z tego uroczego miejsca, do którego na zawsze będziemy mieli sentyment.

wycieczka na latarnie to wielka przyjemność:miły spacerek i widoczki przepiękne

wycieczka na latarnie to wielka przyjemność: miły spacerek i widoczki przepiękne

plaża Tallow

imponująca plaża Tallow

główna plaża i wiedznie poszukujący strawy ibis

główna plaża i wiecznie poszukujący strawy ibis
ciacha na plaży ...

w Byron są bardzo dobre warunki do surfingu na plażach dobrze zbudowanych Ozzzy nie brakuje…

na długich odcinkach szerokiej plaży zawsze można znaleźć miejsce dla siebie

na długich odcinkach szerokiej plaży zawsze można znaleźć miejsce dla siebie

nasza ulubiona pusta plaża w Suffolk

nasza ulubiona pusta plaża w Suffolk

zachód słońca na plaży Tallow

zachód słońca na plaży Tallow

skwerek dla 'zielonych' w centrum miasteczka

skwerek dla ‘zielonych’ w centrum miasteczka

uliczka w Byron Bay

uliczka w Byron Bay

restauracyjki i kafejki na każdą kieszeń

restauracyjki i kafejki na każdą kieszeń

Posted in Australia | Tagged , , | 5 Comments

Dom daleko od domu…

House sitting -  o co w nim kaman?

Najprościej ujmując i najczęściej spotykana wersja to opieka nad domem i / lub zwierzętami, wykonywanie drobnych obowiązków związanych z pielęgnacją ogrodu czy basenu pod nieobecność właściciela, w zamian za darmową możliwość mieszkania w danej nieruchomości . Działa to na zasadzie umowy pomiędzy dwoma stronami. Nie ma określonych strikto zasad, więc układ może być różny w zależności od sytuacji.  Czasem może wchodzić w rachubę małe wynagrodzenie dla opiekuna, a czasem trzeba pokrywać rachunki za okres użytkowania nieruchomości. Wszystko zależy od indywidualnej umowy obu stron. Okres takiej opienki może trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy a nawet lat.

Doskonały pomysł na przerwę w podróży, obniżenie kosztów jeżeli chcemy się gdzieś zatrzymać na dłużej, sprawdzenie czy dane miasto, państwo podoba nam się do zamiszkania lub po prostu czy odpowiada nam w nim styl życia. Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym koncepcie w Wietnamie od poznanej po drodze dziewczyny , której znajomi opiekowali się domem w Nowej Zelandii. Pomysł od razu nam się spodobał. Przeszukując internet znalazłam wiele stron agencji  z ofertami i blogi ludzi którzy po prostu tak żyją już od lat. Cały czas mieliśmy to gdzieś tam w głowie jako opcję na Nową Zelandię czy Autralię,  los wybrał za nas i, że tak powiem dom spadł nam z nieba. W naszym przypadku nie było formalności, referencji, rejestracji która ma miejsce jeżeli starasz się o dom przez agencje. Po protu ktoś nam zaufał i obie strony miały w tym interes, żeby takiej wymiany  – usługa za dach nad głową  – dokonać. Mogę napisać, że byliśmy w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Gdzie można taki house sitting zrobić ? Bardzo popularne jest to w Nowej Zelandii, Australii, USA lub Europie. Można znaleźć oferty również w innych częściach świata. Do każdego kontynentu są osobne agencje i informacje, więc nie będę nic konkretnego polecać, gdyż jednej zbiorowej strony nie znalazłam. Jeżeli ktoś jest zainteresowany to trzeba zgłębić temat i poszukać stron dla konkretnego kontynentu lub państwa.

Kto może się starać? Największe szanse mają osoby dojrzałe, z doświadczeniem życiowym. Po prostu ktoś kto wzbudza zaufanie i nie szuka miejscówki do imprez i szalonych libacji :) House sitting jest popularny wśród emerytów i osób w średnim wieku, gdyż są one postrzegane jako bardziej odpowiedzialne i stabilne.  Oczywiście starać się może każdy, tak jak pisałam nie ma jakichś żelaznych reguł, a wszystko zależy od oferty i szczęścia.

W naszym przypadku w zamian za doprowadzenie domu do stanu użyteczności, (gdyż od roku nikt tam nie mieszkał) ogarnięcie ogrodu z suchych palmowych liści i wyczyszczenie basenu mogliśmy całkowicie za darmo w nim mieszkać  przez 8 tygodni.

takie leciutko zapuszczone okno w sypialni

takie leciutko zapuszczone okno w sypialni

W praktyce zajęło nam może tydzień, żeby się z tym wszystkim uporać. Dom był nieumeblowany, więc generalnie poza posprzątaniem kuchni, łazienki, umyciem okien i odkurzeniem nic dodatkowego nie trzeba było robić. Zanim mogliśmy w ogóle wejść do środka zbombardowaliśmy każde pomieszczenie bombą na pająki, i inne robale bo w czasie roku podczas, którego stał pusty, dużo się ich tam zadomowiło. Dookoła posiadłości liczne suche liście palmowe złożyliśmy na stosy w kilku miejscach. Największym wyzwaniem był basem, gdyż zaniedbany wyglądał jak ciemnozielona sadzawka. Czyszczenie basenu, szczególnie otoczonego roślinnością, to taka syzyfowa praca, dobrze wiedzieć na przyszłość.

basen - sadzawka przed

basen – sadzawka przed

basen po

basen po

Sam dom nie był specjalnie atrakcyjny, zwykła sklejka z grubszych tekturowych ścian. Nie było żadnych mebli, wygód i luksusów, był jednak prąd, gaz i woda. Mieliśmy kuchnię, łazienkę do sypiali wstawiliśmy łóżko pożyczone od sąsiada, w sklepie z używanym sprzętem AGD kupiliśmy starą barową lodówkę za 25$ generalnie mieliśmy wszystko co potrzeba. Spokój, ciszę i dach nad głową.

nasza hacjenta

nasza hacjenda

taką oto żabkę znalazłam pewnego dnia w sedesie :)

taką oto żabkę znalazłam pewnego dnia w sedesie :)

Największym atutem była lokalizacja,  pośrodku wzgórz, zaledwie jeden sąsiad widoczny w oddali, 20 min samochodem od plaży i 20 minut od parku narodowego. Mogliśmy odpocząć, wyciszyć się, ganiać się nago po domu, słuchać koncertów żab, ptaków i innych mieszkańców terenów wokół domu.

wschód słóńca z naszego tarasu

wschód słońca z naszego tarasu

okolice Corndale

okolice Corndale

okolice Corndale

okolice Corndale

wjazd do posesji we wsi

wjazd do posesji we wsi

ludzie listy piszą

ludzie listy piszą

Najbardziej cieszyło nas posiadanie kuchni. Oboje lubimy jeść i lubimy gotować, a ponieważ w Australii można dostać wszystko co się chce znowu można było pichcić co dusza zapragnie. Śniadanko do łóżka, kolacja z winkiem, gotowanie przy głośnej muzyce…no prawie jak w domu.  Nie byłoby prawdziwego domu bez gości. Najpierw odwiedzili nas znajomi Francuzi z którymi przejechaliśmy Tybet i część Nepalu, później poszliśmy na całość i wyprawiliśmy Święta Bożego Narodzenia na 14 osób. Zebrała się fajna międzynarodowa ekipa, wspólne świętowanie: Polaków, Francuzów, Hiszpanów, Włocha, Portugalczyka, Angielki, Szwedki i  Argentyńczyków. Jak siedzieliśmy w kuchni i Romek gotował barszcz, unosił się zapach i leciały kolędy, to nawet fakt, że za oknem upał, śniegu nie widać i wydawało by się, że polska atmosfera świąteczna nie do powtórzenia …było bardzo domowo najbardziej od kiedy wyjechaliśmy z Polski.

wigilijny barszcz

wigilijny barszcz

goście, goście

goście, goście

Nie było by również prawdziwego domu bez sąsiada. Michael i Sue małżeństwo w średnim wieku mieszkające 20 lat w domu na górce, nasi jedyni sąsiedzi w zasięgu kilku kilometrów. Takich sąsiadów ze świecą szukać. Wzięli nas pod swoje skrzydła od pierwszego dnia. Michael to chłop pełną gębą, złota rączka, wokół domu umie zrobić wszystko, zawodowo lutnik, wyrabia ukulele z drewna, a czasem na zamówienia deski surfingowe. Aktualnie również projektuje narzędzia ułatwiające prace w drewnie. Typowy człowiek starej daty, gołębie serce, długa siwa broda i brzuszek piwny. Najserdeczniejsi ludzie, którym jesteśmy bardzo wdzięczni.  W okresie świąt opiekowaliśmy się ich dwoma psami, kotem, sześcioma kurami i dziesięcioma krowami, które również na co dzień łaziły po naszych hektarach, taka ekologiczna kosiarka do trawy, a że trawy było sporo to było nam to bardzo na rękę.

drzewo miłości u sąsiada :)

drzewo miłości u sąsiada :)

nasze tymczasowe pieski

nasze tymczasowe pieski

W Corndale spędziliśmy 13 tygodni, mieliśmy swój tymczasowy kąt, wspaniałego sąsiada i paczkę znajomych. Ten okres upłynął nam najszybciej ze wszystkich miesięcy w drodze. Dni, w których niewiele się działo znikały i tydzień mijał za tygodniem, po czasie w zastoju nadszedł czas ruszyć w drogę i tak pod koniec lutego wyruszyliśmy na południe w stronę Tasmanii…

poranek w Corndale

poranek w Corndale

Posted in Australia | Tagged , , , | 9 Comments

W krainie Ozzzzz…

Mieliśmy niezłego pietra przed przylotem do Australii. W Azji wszystko było do załatwienia bez konieczności żadnego planowania czy rezerwowania . Zawsze można było się ogarnąć i nie było stresu. Wiedzieliśmy że w krainie Oz już tak różowo nie będzie, może i specjalnie niczego nie trzeba rezerwować i planować, jednak wszystko tutaj ma swoją znacznie wyższą cenę. Zdawania się na los byłoby chyba bardzo naiwne, a że nie należymy do ludzi którzy w razie potrzeby kimną się pod mostem czy na ławce w parku wiedzieliśmy, że trzeba się lekko wziąć w garść i przemyśleć chociażby gdzie i jak by tu zacząć.

Decyzja zapadła, że lecimy do Brisbane, tam kupujemy furę i jedziemy na południe do Tasmanii, a później to się zobaczy…

pierwsze ciekawe znaki drogowe...

pierwsze ciekawe znaki drogowe…

Znaleźliśmy Cs w pierwszym mieście do którego dolatywaliśmy w tym wielkim kraju jakim jest Australia i takiego przyjęcia to się w życiu nie spodziewaliśmy. Podczas drogi  przez Azję korzystaliśmy z Cs najczęściej  ze względu na różnice kulturowe, mieszkaniowe i zwyczajowe.  Mieszkaliśmy w różnych warunkach w mini pokoikach 2m2, w domach bez bieżącej wody, bez mebli, spaliśmy na ziemi, drewnianej macie, która wyglądała jak narzędzie tortur, a nie miejsce do wypoczynku, na materacu na otwartym tarasie na dachu. Zawsze było wesoło i z ze wszystkich noclegów mamy wyłącznie dobre wspomnienia. W Brisbane jednak dopiero po raz pierwszy poczuliśmy się jak w domu… Nasz gospodarz Ian dał nam pokój, oprowadził po swoim typowo quinslenderskim drewnianym domu, dał pachnące lenorkiem ręczniki i pościel, było łóżko z prawdziwym materacem, wanna i pierwsza kąpiel w gorącej wodzie od niepamiętnych  czasów, otworzył ogromną lodówkę i powiedział czujcie się jak u siebie w domu. Atmosfera pełnego luzu i otwartości, codzienne kolacja z winem i rozmowy na każdy temat.

w domu Iana

w domu u Iana i jego rodziny

Myśleliśmy że w Australii będziemy musieli zacisnąć pasa, a tymczasem rozpieściliśmy się  do granic możliwości. Szczytem rozpusty były targi degustacji win i przysmaków z całej Australii. Od 9-17.00 piliśmy wino i jedliśmy sery te dwie rzeczy których nam brakowało w Azji przez 20 miesięcy. Nabzdryngoleni i najedzeni po całym dniu cieszyliśmy się jak dzieci. Welcome in Australia :)

W przerwach na przyjemności szukaliśmy samochodu i oswajaliśmy się z nowym lądem. Z pierwszych obserwacji uderzyło nas jak w mieści Brisbane siedząc w centrum i obserwując ludzi w kwiecie życia zawodowego nikt się nie spieszy, nie ma pędu i chaosu, wszystko jakby płynęło swoim spokojnym nurtem.   Ludzie kończą prace o wyznaczonej przyzwoitej godzinie i wracają do domu, żeby kultywować życie rodzinne lub po prostu poświęcić czas na swoje hobby czy inne przyjemności.

Kolejną obserwacją było niebo, pięknie niebiesko – granatowe, które wydawało się nam dużo niżej zawieszone niż w innych częściach świata, no i rozbrajające białe chmurki w różnych kształtach. Ja uwielbiam oblicza nieba i chmur i zawsze zwracam na nie uwagę.

indyczki też chodzą po ulicach :)

indyczki też chodzą po ulicach :)

Na Australię zareagowały wszystkie nasze zmysły na raz, bo następnie rzuciło nam się w uszy, nowe jak dotąd niesłyszane odgłosy ptaków. Teraz jak siedzę w pokoju i słyszę za oknem koncert kukabury po raz enty, nie mam chwili konsternacji jak za pierwszym razem, jednak cały czas delektuję się tym nadzwyczajnym odgłosem śmiechu połączonego z ryczeniem małp.  Przelatujące grupy kakadu, czy chodzące wszędzie ibisy zachwyciły nas momentalnie. Natura jest tu wszędzie, jest jej pełno i to nam się bardzo podoba.

Z przyziemnych rzeczy to nie dałoby się nie zauważyć czystości. Przyjeżdżając z Azji, no po prostu co tu dużo pisać, niebo, a ziemia w tym temacie. Można jeść z ziemi, wszędzie czyściutko i schludnie, przystrzyżone trawniki,  idealne zagospodarowanie przestrzeni zielonej.

To byłyby chyba główne spostrzeżenia pierwszych dni, oczywiście teraz pisząc to z perspektywy kilku miesięcy wniosków nasuwa się znacznie więcej ale wszystko po kolei.

Wracając do naszego planu znaleźliśmy vana – po burzliwej dyskusji zrezygnowaliśmy z 4×4 -  , który odpowiadał naszym wymaganiom.  Cały proces: znalezienie, zobaczenie, zapłacenie, zarejestrowanie zajęło nam 6 dni. Łato i przyjemnie. Dużo więcej info na temat kupna i sprzedaży samochodu doskonale opisał Andrzej z Loswiaheros więc zainteresowanych odeśle do lektury tegoż wpisu.

nasz van - aka - ROSA

nasz van – aka – ROSA

Po miłym i luksusowym pobycie w Brisbane ruszyliśmy na południe do Clunes, gdzie czekał na nas kolejny gospodarz z CS. Wysprzątaliśmy dokładnie Rose – bo tak został ochrzczony van – ułożyliśmy wszystkie klamoty i ruszyliśmy w trasę. Dziwne uczucie nagle mieć własny pojazd i jeszcze większą niezależność.  Pomimo, że pierwsza  trasa była bardzo krótka i tak emocji nie brakowało. Muza na full, a my suniemy po hajłeju, mordy się cieszą, nie bardzo wiemy jeszcze co i jak ale frajda jest. Nagle samochód zaczyna nam się dusić i momentalnie ciśnienie skacze nam na maksa. Roman naciska pedał gazu a tu Rosa ledwo co sunie do przodu… stresik był, my na środku autostrady, ubezpieczenia nie mamy, wizja setek dolarów za holowanie czy naprawę, nie wiemy co może być nie tak, nastrój się obrócił o 180 stopni. Doczłapaliśmy jakoś do Byron Bay i od razu zajechaliśmy do mechanika , szybki wywiad i okazało się że to tylko filtr paliwa się zapchał, 30 minut i po sprawie pierwsza fakturka – na szczęście nie na wysoką kwotę – w teczce z papierami samochodu jest – oby ostatnia!!!

Nerwy ukoiliśmy dopiero w domu naszego CS kiedy to chilowaliśmy się u niego w balijskim ogrodzie i zajadaliśmy się świeżo upieczonym chlebem na zakwasie z prawdziwym masłem…oj ta Australia nas rozpieszcza…

ogród Giovaniego

ogród Giovaniego

Do Australii przyjechaliśmy bez szczegółowego planu wjechaliśmy na 3 miesięcznej turystycznej wizie, po prostu chcieliśmy najpierw zobaczyć czy nam się tutaj podoba, ile to wszystko kosztuje i jak nam się uda ogarnąć.  Nie mieliśmy parcia, żeby od razu rzucić się w wir i zwiedzać. Mówiąc szczerze chcieliśmy się gdzieś zatrzymać i ogarnąć 20 miesięcy w Azji mimo, że tempo mieliśmy wolne to mimo wszystko było intensywnie i ‘na walizkach’. W Australii nie było szoku kulturowego jak dotychczas w Azji. Z Australijczykami mieliśmy pośrednio do czynienia kiedy mieszkaliśmy w Londynie, oczywiście to nie to samo, jednak wiedzieliśmy że aspekt kulturowy (oczywiście wyłączając tutaj zainteresowanie Aborygenami) nie będzie dominującym podczas naszego pobytu na Antypodach.

gospodarz jak na włoskie imię przystło zrobił nam pizzę

gospodarz jak na włoskie imię przystało zrobił nam pizzę

Kiedy w rozmowie z naszym CS z Clunes  – Giovanim ( w brew pozorom nie jest on Włochem ale Singapurczykiem portugalskiego pochodzenia :) ) padła propozycja opieki nad domem jego znajomego, wpasowało się to nam idealnie w nasze aktualne potrzeby. Po dogadaniu kilku szczegółów z właścicielem przez skypa mogliśmy wprowadzić się do domu w Corndale położonego na 5 hektarowej pagórkowatej ziemi…

Tak właśnie zaczęliśmy nasz pobyt w Australii od nieformalnego house sittingu ale o co dokładnie chodzi o tym w kolejnym w wpisie…

Pozdrawiamy!

Posted in Australia | Tagged | 4 Comments

Smoki prawie jak z bajki…

Jak już pisaliśmy Lubuanbajo nam się specjalnie nie podobało, więc bez entuzjazmu wróciliśmy właśnie tutaj żeby spędzić ostatni tydzień w Indonezji…Ze względu na wypadek ominęło nas kilka ‘atrakcji’, najbardziej żałuję nurkowania, tyle się nasłuchałam od innych, że bardzo, bardzo mi było przykro jak uświadomiłam sobie, że nie będę mogła zanurkować. Nie dość, że miałam niesprawną rękę to również miałam zdartą stopę i nie włożyłabym płetwy. Teraz tak myślę, może nurkowanie, które na Komodo  do najłatwiejszych nie należy też nie było mi pisane…moje pierwsze podejście było 3 tygodnie wcześniej, jednak wówczas musieliśmy pędzić do Maumere załatwiać wizę…być może już sobie wmawiam …fakt jest faktem, że na to nurkowanie to ja na pewno kiedyś wrócę.  Nie zobaczyliśmy również zachodniej części wyspy, słynnej Bajawy i okolicznych wiosek. W planach mieliśmy 8h trekking do wioski położonej głęboko w górach, jak również chcieliśmy wejść na jeden z wulkanów, no cóż to też będzie musiało poczekać na kolejną wizytę.

Nasze dni wyglądały właściwie tak samo. Romek leżakował w pokoju, żeby chronić rany przed robactwem, ja też niewiele więcej robiłam. Śniadanie, przewijanie ran, jakieś drobne zakupy, rekonwalescencja. Trzeba sobie było trochę umilać pobyt więc, jakiś obiad, krótki spacer, zachód słońca i tak w kółko… Nie mieliśmy za wiele opcji, gdyż wykupiony wcześniej lot nie bardzo opłacało się przesuwać, a zarazem Romek nie nadawał się do podroży, a czekała nas przesiadka w Denpasar, a moja ręka odmawiała współpracy, więc zostało nic nie robienie i tak siedem długich dni…

różowy zachód słońca port w Labuanbajo

różowy zachód słońca port w Labuanbajo

Dzień przed wylotem postanowiliśmy zobaczyć słynne warany, zarezerwowaliśmy łódkę na Rinkę. Mieliśmy jechać z jeszcze jedną parą, ale oni odwołali w ostatnim momencie, więc mieliśmy prywatny rejs. O wycieczkach na smoki słyszeliśmy wiele negatywnych opinii, więc nie mieliśmy wielkich oczekiwań. Po prostu chcieliśmy się gdzieś ruszyć a że rany się już zasklepiły wykorzystaliśmy sytuację, że jesteśmy tak blisko i popłynęliśmy na mniejszą z wysp gdzie można zobaczyć potwory.

prywatny rejsik, w drodze na Rinkę

prywatny rejsik, w drodze na Rinkę

Na Rince smoki żyją na wolności, więc jedynym sposobem aby je pooglądać jest trekking z obowiązkowym przewodnikiem wokół wyspy.

_DSC3754

Zasiedzenia od kilku dobrych dni wybraliśmy najdłuższy spacer, nasz przewodnik, usilnie próbował nam wmówić, że idąc tym właśnie szlakiem mamy najmniejsze szanse spotkania waranów, my jednak twierdziliśmy uparcie, że przynajmniej zobaczymy więcej wyspy więc decyzji nie zmienimy. Rinka o tej porze roku była bardzo sucha, więc dookoła rozpościerał się wysuszony, spragniony deszczu krajobraz.

widok podczas trekingu

widok podczas trekingu

Po drodze widzieliśmy dzikie bawoły, trochę ptaków i saren.

dziki bawół

dziki bawół

Ku naszemu zaskoczeniu przewodnik wypatrzył pod skałą ukrytego warana. Nie mieliśmy dużych oczekiwań, a tu proszę duży samiec wylegujący się w cieniu drzewa.

nasz pupil

nasz pupil

Obeszliśmy go dookoła i on wbrew opinii, że w ciągu dnia smoki tylko odpoczywają, zaczął człapać przed siebie. My w bezpiecznej odległości zaczęliśmy podążać za nim. Taki ruszający się potwór to już robi wrażenie, takiego spotkać sam na sam nie było by za różowo. Nasz nowo poznany pupil znalazł jakieś kości i je połknął w całości jak zapałki. Bardzo nas ucieszył fakt, że mieliśmy przyjemność zobaczyć gada w naturze.

przekąska, kości które znikały w przełyku bez popijania

przekąska, kości które znikały w przełyku bez popijania

jak cię dogonie to CIĘ ZJEM!

jak cię dogonię to CIĘ ZJEM!

już po Ciebię idę :)

już po Ciebie idę :)

taki jestem duży

taki jestem duży

Jak już nacieszyliśmy oko i pstryknęliśmy kilka zdjęć, ruszyliśmy dalej robiąc krótki postój przy rzece, słyszymy jakiś szum w krzakach, patrzymy a tu nasz pupil człapie do rzeki. Przystanęliśmy z zaciekawieniem bo w rzece taplał się bawół i liczyliśmy po cichu, że może zachce mu się zapolować i zrobić nam takie małe szoł.

ofiara czuwa

ofiara czuwa

Intencje warana były oczywiste, jednak tym razem bawół był czujny i w porę usunął się z miejsca ewentualnej zbrodni. Zniechęcony porażką smok poczłapał w cień i padł pod drzewem. My kontynuowaliśmy spacer do miejsca gdzie już od jakiegoś czasu leżał inny sparaliżowany waran, następnie oglądaliśmy gniazdo z pilnującą go samicą, oraz na zakończenie słynne smoki czatujące przy obozowej kuchni.

pupil daj łape

pupil daj łapę

Reasumując wycieczka była sympatyczna, jednak szału nie było, jak ktoś się wybiera tylko w tym celu w te okolice, to sugerowałabym zobaczenia waranów w zoo, zaoszczędzić można sobie trudu podróży.

W powrotnej drodze mieliśmy dwa postoje na małych wysepkach z możliwością snurklowania. Nie mogliśmy sobie odpuścić tej przyjemności i ryzykując rozpuszczenie strupów koniecznie chcieliśmy zobaczyć co tam pod wodą można pooglądać. Drugi spot przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. W tym miejscu rafa pokrywała ogromną przestrzeń, a poziom wody był bardzo niski więc pływaliśmy zaledwie 1-2 metry nad rafą, dla Romka (ponieważ nie może on nurkować) była to jedna z nielicznych okazji pływania w takiej bliskości z koralem i powalającą ilością ryb i stworów morskich. Normalnie tak bogata rafa znajduje się znacznie głębiej i snurklując nie wdać szczegółów tak dokładnie, w tym jednak miejscu wszystko było na wyciągnięcie ręki, więc zachwyceni  pływaliśmy prawie  dwie godziny.  Rafa po 50 metrach płycizny przechodziła w ścianę schodzącą w głębiny, której końca nie można było dostrzec ludzkim okiem. Na samą myśl o nurkowaniu znowu mnie skręciło w żołądku, ale nic to będzie duża motywacja do powrotu.

chmurne niebo nad Floresem

chmurne niebo nad Floresem

Tą wycieczką zakończyliśmy pobyt w Indonezji. Nasz ostatni tydzień w Azji spędziliśmy w Kuala Lumpur gdzie mieszkaliśmy po raz kolejny u naszej dobrej znajomej San i jej szalonej rodzinki. Przygotowywaliśmy się do wylotu ….do Australii!!!

Pozdrawiamy!

Posted in Indonezja | Tagged , , , , , | 6 Comments

Półmetek….???

Bez-nazwy-1

Oficjalnie dziś powinniśmy być w Europie, lądować na jakimś Okęciu czy Heathrow, ale…

No i na całe szczęście, że są te ale i to nie tylko w postaci australijskiego Pale Ale – piwa, którym wczoraj opijaliśmy nasze dwa lata w drodze!

zeszłoroczny wpis okolicznościowy

Wyjeżdżając mówiliśmy, że nasza podróż potrwa właśnie dwa lata. Uważaliśmy, że to szmat czasu i rzeczywiście tak jest, lecz nie jest to wcale aż tak dużo jeżeli ma się ten okres jako ramy czasowe na zobaczenie świata. Już kilka miesięcy po wyjeździe zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie ma co się spieszyć i liczyć czasu. Jeździmy własnym tempem, bez stresu, że tego czy innego dnia musimy być w tym czy innym miejscu. Toteż dlatego właśnie w te dwa lata udało nam się wykonać połowę z założonego planu, czyli zobaczyć  Azję i część Australii, a przed nami jeszcze Ameryka południowa i centralna i może jakieś wyspy. Ile to czasu zajmie nie wiemy i nie zastanawiamy się nad tym, po prostu nie planujemy z wielkim wyprzedzeniem, żyjemy daną chwilą, danym dniem. Nie czujemy zupełnie, że jesteśmy już w drodze 24miesiące, odstawiając ramy czasowe wyjazdu czujemy, że czas płynie, a nie ucieka. Wydarzyło się przez ten okres chyba więcej niż przez ostatnie dziesięć lat naszego życia, a my zauważyliśmy duże zmiany w nas samych. Zmienia się myślenie, podejście do spraw typu czas, postrzeganie świata i ludzi, czy pieniądze. Zmieniają się też priorytety.

Często ludzie zadają nam pytanie jak to jest być razem przez dwa lata praktycznie 24 godziny na dobę i jak to wytrzymujemy. Odpowiedź niezmiennie pozostaje ta sama – jest wspaniale!

Chcielibyśmy podziękować po raz kolejny wszystkim, którzy nas wspierają, inspirują i dopingują w tym co robimy. A sami sobie życzymy, aby każdy kolejny dzień przyniósł nam tyle samo radości i satysfakcji co te minione 712 :)

Szczęśliwi czasu nie liczą, a jak tu nie być szczęśliwym oglądając na własne oczy tak piękny otaczający nas świat!

Szerokiej drogi!!!

Posted in Okoliczniściowo... | Tagged , | 6 Comments